27 lipca 2011.
19 lipca, a więc dokładnie 8 dni temu o godz. 17.15 przyszła na świat nasza mała księżniczka Julitka. 2780 g żywej miłości. Poród niestety nie należał dla nas do kategorii lekki, szybki i przyjemny.
Zacznę od tego, że po owym powrocie ze szpitala chyba siłą psychiki na jeden dzień wstrzymałam bolesne skurcze i udało mi się przespać jedną noc. W poniedziałek od samego rana skurczy wróciły, nadal były bardzo nieregularne co 15 - 20 minut, ale im bliżej końca dnia stawały się częstsze. Około godziny 23 kiedy zdecydowałam już, że jadę do szpitala - skurcze były co 8, 6 minut nagle okazało się, że bóle minęły...zrezygnowana położyłam się spać. Wierzcie mi albo nie, ale taki ból potrafi wykończyć nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Cała noc minęła na skurczach co kilkadziesiąt sekund - ale były bardzo mocne. We wtorek rano byłam już wyczerpana bólem i tą niepewnością - no bo przecież człowiek nie wie, co się z nim dzieje...zadzwoniłam do mojej lekarki i z płaczem błagałam, żeby mnie zbadała. Po przyjedzie do gabinetu Pani Doktor stwierdziła, że rodzę i po badaniu natychmiast pojechaliśmy do szpitala.
Skurcze były bolesne, ale nadal nieregularne. I tutaj uwaga...nie zawsze tylko regularne skurcze oznaczają poród...czasem - tak jak u mnie- nieregularność oznacza również początek akcji porodowej.
O 9 znalazłam się na sali porodowej i ...zapanowała cisza... zero skurczów. Bałam się, że stres związany z badaniami (każdy Cię maca i mówi na ile palców jest rozwarcie, USG dziecka) wyciszył akcję porodową. Zaczęłam ćwiczyć na piłce i nagle skurcze wróciły i teraz stały już już bardzo regularne co 2 min i trzymały 60-90 sekund. Taka akcja trwała do godz. 12, kiedy poprosiłam o zzo (i tutaj uwaga!!! jeżeli ktoś ma szybki poród (2, 3 h) znieczulenie nie jest potrzebne, ale jeżeli ktoś rodzi np. 8 h polecam - bardzo wycisza i pozwala odpocząć i zebrać siły na ostatni, decydujący moment). Po podaniu znieczulenia przez 1h leżałam na łóżku i odpoczywałam, mimo że skurcze nadal były, ja ich nie czułam - tylko zapis KTG pokazywał, co się dzieje ze mną i z maleństwem. Ujemnym skutkiem podania zzo jest spadek ciśnienia - ponieważ i tak jestem niskociśnieniowcem - nie obyło się bez lekkiego "odpłynięcia", ale na szczęście byłam na tyle przytomna, że szybka akcja oddechowa uspokoiła maluszka i mnie. Po około 1,5 h znieczulenie odpuściło - ból wrócił ze zdwojoną siłą (po podaniu zzo przez 20 min trzeba leżeć na boku i w sumie nie miałam czucia w nogach, ale w końcu po około 1h udało mi się usiąść na piłce i dalej być aktywną). Moja położna podjęła decyzję o jeszcze jednej tym razem mniejszej dawce znieczulenia - teraz już odczuwałam ból, ale był do zniesienia. O godz. 15 podano mi oksytocynę i o godz. 16 zaczęły się skurcze parte. Dla mnie najcięższa część porodu - trzeba umieć dobrze oddychać, efektywnie przeć i mieć duuuużo siły. Wszystko dzieje się bardzo szybko - tzn. jest skurcz, nabiera się szybko powietrza i parcie około 10-15 sekund, szybkie wymiana powietrza i od nowa. Ja często się gubiłam, przestawałam oddychać, miałam podany tlen...w ogóle pamiętam, że powiedziałam "że umieram i że już nie mam sił"...naprawdę nie miałam już sił. Byłam cała mokra od potu, zmęczona i widziałam mnóstwo osób pochylonych nade mną...Kiedy byłam już pewna, że nie dam rady, że wszystko może się dla nas źle skończyć ( w między czasie zostałam nacięta - nic nie czułam, tylko położna powiedziała mi, że musi być nacięcie) poczułam nagle coś ciepłego, ciężkiego na brzuchu...i wtedy też usłyszałam płacz...Uczucie którego doświadczyłam nie da się z niczym porównać, opisać...Byłam BARDZO SZCZĘŚLIWA, DUMNA I POCZUŁAM TEŻ ULGĘ!!!
Poród naturalny - choć baaardzo boli, jest niesamowitym przeżyciem...
A teraz jeszcze kilka rad dla przyszłych mamuś: bądźcie aktywne podczas porodu, wtedy mniej boli i przyśpiesza akcję porodową.
Jeżeli macie bóle krzyżowe podczas skurczy ( ja miałam potworne - gorsze niż w okolicach brzucha) to niech Wasz partner robi Wam masaż małymi piłeczkami jeżykami, bądź przykładajcie ciepłe okłady na bolące miejsca - naprawdę pomaga.
Trzymam kciuki za te z Was, które w bliższej lub dalszej przyszłości będą doświadczać cudu narodzin :-)