O czasie - a raczej jego braku

7 grudnia 2011

Jak już pisałam wczoraj, z chwilą kiedy na świecie pojawia się dziecko wszystko się zmienia. Z jednej strony jest to niesamowity czas dla rodziców - można patrzeć całymi godzinami, dniami jak taka Mała Istota - najpierw tylko śpi, później coś tam zaczyna sobie gaworzyć, śmiać się, bawić, a z drugiej strony właśnie ta Mała Istota zabiera Ci cały Twój czas. Teraz robi się wszystko w ekspresowym tempie. Prysznic, mycie zębów, śniadanie, obiad, sprzątanie, ba nawet zakupy - tylko nie artykułów spożywczych (choć to też), ale ten modny dla kobiet Shopping. Rzadko odwiedzam teraz centra handlowe, ale jeśli już do tego dojdzie to muszę stwierdzić, że czas w przymierzalni skrócił się diametralnie. Na szczęście uśmiech Julitki wynagradza mi brak garderoby. :-)

140 dni minęło jak jeden dzień



6 grudnia 2011
Moje Drogie Panie i Moi Drodzy Panowie...przepraszam bardzo za dłuuuugą przerwę w nadawaniu - ale odkąd na świecie pojawiła się Julita Irena mój świat stanął do góry nogami. Teraz już nic nie jest i już nigdy nie będzie takie samo.
Czas ucieka nieubłaganie - właśnie dziś mija równo 140 dni odkąd zostałam Mamą przez wielkie "M". Nie mogę w to uwierzyć...mam wrażenie, że to jakby wczoraj ta Mała Istotka powitała mnie i cały ten świat głośnym płaczem, a dziś to już kawał "baby", która gaworzy, śmieje się i nawet wstaje w kąpieli. Zupełnie oszalałam na jej punkcie, kocham ją nad życie i nie wyobrażam sobie dnia bez niej.
Macierzyństwo bardzo zmienia kobietę. Świat zupełnie inaczej zaczyna się kręcić, zmieniają się priorytety, cele, oczekiwania. Kobieta czuje się o wiele bardziej odpowiedzialna za swoje decyzje, czyny, zachowania. Potrafi walczyć jak lwica o swoje racje oraz dobro dziecka.
Nasza mała Córeczka daje nam bardzo dużo radości, bo cóż może być piękniejszego od pochylenia się po przebudzeniu nad łóżeczkiem, w którym leży ta Mała Istotka i zobaczyć ten szczery uśmiech, którym mówi Ci "Dzień Dobry Mamusiu i Tatusiu". Bezcenne.

O trudach macierzyństwa...

25 sierpnia 2011.

Ostatnio pisałam o tym, że posiadanie takiej Małej Kruszynki i zajmowanie się nią 24 h na dobę wcale nie jest takie łatwe...owszem radość jest ogromna, ale czasem są momenty bardzo ciężkie i wyczerpujące. Wiele maluchów ma jeszcze nie do końca rozwinięty układ pokarmowy i cierpią na różnego rodzaju dolegliwości...najgorszy przypadek - kolki, później bóle brzuszka, gazy, zaparcia itd itp.
Nasza Julitka na szczęście nie ma kolek, ale często męczą ją zaparcia, gazy i bóle brzuszka...przez co bywa bardzo niespokojna, rozdrażniona i bardzo źle sypia, albo nie sypia w ogóle...Biedactwo czasem bardzo głośno płacze, a my nie do końca możemy jej pomóc. Można podawać dziecku kropelki typu Espumisan, Sab Simplex, Infacol, stosować kateter rektalny, kłaść dziecko na brzuszku, robić masaże, stosować odpowiednią dietę u matki karmiącej, nosić w chuście...żeby złagodzić dolegliwości, ale całkowicie wyleczyć się ich nie da..trzeba cierpliwie czekać, aż miną same z upływem czasu.
Długi i bardzo głośny płacz dziecka potrafi być męczący...dlatego po całej dobie spędzonej z takim maluchem trzeba koniecznie się zrelaksować, pójść na spacer, zrobić coś dla siebie.
Ale żeby nie było, że macierzyństwo to tylko problemy...to są także piękne momenty. Taka Mała Istotka budzi się i (póki co jeszcze się świadomie nie uśmiecha) mądrze patrzy swoimi dużymi oczkami na mamę i tatę jakby chciała powiedzieć "Dzień Dobry Mamusiu i Tatusiu...- kocham Was" :-D



22 sierpnia 2011.

Czas pędzi jak szalony i oto 19 sierpnia nasza Królewna skończyła miesiąc...Jeżeli miałabym podsumować ten czas...to powiedziałabym krótko..."łatwo nie było i nie jest", ale radość ogromna jest, że nasza Kruszynka rośnie i jest taka słodka.



A teraz będzie coś o macierzyństwie...


10 sierpnia 2011
Po trzech tygodniach od narodzin naszej Kruszynki znalazłam wreszcie odrobinę czasu, żeby coś Wam napisać o moim macierzyństwie.
Otóż po pierwsze - pozwolę sobie zacytować moją koleżankę Olę - "Ciąża to bułka z masłem, a bycie mamą to wyzwanie" - dodam od siebie - nawet najtrudniejszy poród nie równa się z tym, co dzieje się po. Świat staje do góry nogami. Teraz już nie liczysz się Ty, ale Twoje maleństwo. A taka mała istotka wymaga bardzo dużo uwagi i opieki. Już nawet zwykła czynność mycia zębów nabiera innego wymiaru...ale z czasem wszystko wraca do normy i człowiek zaczyna się przyzwyczajać do nieprzespanych nocy, płaczu maluszka, pieluch, czy karmienia Najważniejsze to nie dać się zwariować i nie panikować. Do noworodka należy podchodzić z wielkim spokojem, bo maleństwo wyczuwa każde napięcie rodziców i reaguje zwykle płaczem.
Dla mnie najgorsze były pierwsze dni po porodzie, kiedy obie walczyłyśmy z laktacją. Mała nie umiała jeszcze dobrze złapać piersi, denerwowała się przy tym, mocno płakała, a ja nie umiałam jej pomóc, nie umiałam także znaleźć dogodnej pozycji do karmienia (szwy mnie okrutnie "ciągły") i tak obie się pociłyśmy. Najważniejsze to się nie denerwować i nie załamywać się. Łatwo powiedzieć... Domyślałam się, że większość kobiet w tym punkcie rezygnuje z karmienia i przechodzi na butelkę...(wczoraj chciałam małej podać mleko z butelki i stwierdziłam, że straszna to robota z takim karmieniem). Moja walka z laktacją trwała około 1,5 tyg do 2. Oczywiście do teraz czasem mała ma problem ze złapaniem piersi i się denerwuje, ale umiem już to opanować :-).
Poza tym dni okrutnie uciekają...człowiek całą energię poświęca dziecku i nawet nie wie, kiedy jest poniedziałek, a kiedy piątek. Dzień spędza się na karmieniu, przewijaniu, spacerach, kąpieli, i usypianiu maleństwa. Zmieniają się też priorytety. Nagle wizyta u fryzjera nie jest już aż tak ważna...choć nie należy też przesadzać w drugą stronę. Należy o siebie dbać...bo właściwie zadbana mama potrafi też dobrze zadbać o swoje dziecko.
Poza tym istotną rzeczą jest to, aby od samego początku pozwolić też tatusiowi opiekować się maleństwem. Dziecko uczy się, że nie tylko jest mama, ale także jest tata i on równie dobrze jak mama potrafi o niego zadbać.
Generalnie MALEŃSTWO daje baaardzo dużo radości.

Wspomnienia porodu

27 lipca 2011.
19 lipca, a więc dokładnie 8 dni temu o godz. 17.15 przyszła na świat nasza mała księżniczka Julitka. 2780 g żywej miłości. Poród niestety nie należał dla nas do kategorii lekki, szybki i przyjemny.
Zacznę od tego, że po owym powrocie ze szpitala chyba siłą psychiki na jeden dzień wstrzymałam bolesne skurcze i udało mi się przespać jedną noc. W poniedziałek od samego rana skurczy wróciły, nadal były bardzo nieregularne co 15 - 20 minut, ale im bliżej końca dnia stawały się częstsze. Około godziny 23 kiedy zdecydowałam już, że jadę do szpitala - skurcze były co 8, 6 minut nagle okazało się, że bóle minęły...zrezygnowana położyłam się spać. Wierzcie mi albo nie, ale taki ból potrafi wykończyć nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Cała noc minęła na skurczach co kilkadziesiąt sekund - ale były bardzo mocne. We wtorek rano byłam już wyczerpana bólem i tą niepewnością - no bo przecież człowiek nie wie, co się z nim dzieje...zadzwoniłam do mojej lekarki i z płaczem błagałam, żeby mnie zbadała. Po przyjedzie do gabinetu Pani Doktor stwierdziła, że rodzę i po badaniu natychmiast pojechaliśmy do szpitala.
Skurcze były bolesne, ale nadal nieregularne. I tutaj uwaga...nie zawsze tylko regularne skurcze oznaczają poród...czasem - tak jak u mnie- nieregularność oznacza również początek akcji porodowej.
O 9 znalazłam się na sali porodowej i ...zapanowała cisza... zero skurczów. Bałam się, że stres związany z badaniami (każdy Cię maca i mówi na ile palców jest rozwarcie, USG dziecka) wyciszył akcję porodową. Zaczęłam ćwiczyć na piłce i nagle skurcze wróciły i teraz stały już już bardzo regularne co 2 min i trzymały 60-90 sekund. Taka akcja trwała do godz. 12, kiedy poprosiłam o zzo (i tutaj uwaga!!! jeżeli ktoś ma szybki poród (2, 3 h) znieczulenie nie jest potrzebne, ale jeżeli ktoś rodzi np. 8 h polecam - bardzo wycisza i pozwala odpocząć i zebrać siły na ostatni, decydujący moment). Po podaniu znieczulenia przez 1h leżałam na łóżku i odpoczywałam, mimo że skurcze nadal były, ja ich nie czułam - tylko zapis KTG pokazywał, co się dzieje ze mną i z maleństwem. Ujemnym skutkiem podania zzo jest spadek ciśnienia - ponieważ i tak jestem niskociśnieniowcem - nie obyło się bez lekkiego "odpłynięcia", ale na szczęście byłam na tyle przytomna, że szybka akcja oddechowa uspokoiła maluszka i mnie. Po około 1,5 h znieczulenie odpuściło - ból wrócił ze zdwojoną siłą (po podaniu zzo przez 20 min trzeba leżeć na boku i w sumie nie miałam czucia w nogach, ale w końcu po około 1h udało mi się usiąść na piłce i dalej być aktywną). Moja położna podjęła decyzję o jeszcze jednej tym razem mniejszej dawce znieczulenia - teraz już odczuwałam ból, ale był do zniesienia. O godz. 15 podano mi oksytocynę i o godz. 16 zaczęły się skurcze parte. Dla mnie najcięższa część porodu - trzeba umieć dobrze oddychać, efektywnie przeć i mieć duuuużo siły. Wszystko dzieje się bardzo szybko - tzn. jest skurcz, nabiera się szybko powietrza i parcie około 10-15 sekund, szybkie wymiana powietrza i od nowa. Ja często się gubiłam, przestawałam oddychać, miałam podany tlen...w ogóle pamiętam, że powiedziałam "że umieram i że już nie mam sił"...naprawdę nie miałam już sił. Byłam cała mokra od potu, zmęczona i widziałam mnóstwo osób pochylonych nade mną...Kiedy byłam już pewna, że nie dam rady, że wszystko może się dla nas źle skończyć ( w między czasie zostałam nacięta - nic nie czułam, tylko położna powiedziała mi, że musi być nacięcie) poczułam nagle coś ciepłego, ciężkiego na brzuchu...i wtedy też usłyszałam płacz...Uczucie którego doświadczyłam nie da się z niczym porównać, opisać...Byłam BARDZO SZCZĘŚLIWA, DUMNA I POCZUŁAM TEŻ ULGĘ!!!
Poród naturalny - choć baaardzo boli, jest niesamowitym przeżyciem...
A teraz jeszcze kilka rad dla przyszłych mamuś: bądźcie aktywne podczas porodu, wtedy mniej boli i przyśpiesza akcję porodową.
Jeżeli macie bóle krzyżowe podczas skurczy ( ja miałam potworne - gorsze niż w okolicach brzucha) to niech Wasz partner robi Wam masaż małymi piłeczkami jeżykami, bądź przykładajcie ciepłe okłady na bolące miejsca - naprawdę pomaga.
Trzymam kciuki za te z Was, które w bliższej lub dalszej przyszłości będą doświadczać cudu narodzin :-)

Ciągle czekamy

18 lipca 2011.
Właśnie dziś kończymy z Julitą 39 tc i rozpoczynamy 40. Coś czuję, że mała będzie strasznym uparciuchem, bo twardo siedzi w brzuszku i ani myśli wyjść. Pod koniec czerwca lekarka straszyła mnie, że poród tuż, tuż...a tutaj się okazuje, że wcale nie tak szybko jeszcze...
Tak zupełnie szczerze to jestem już strasznie wyczerpana tym czekaniem, nadsłuchiwaniem...i tymi skurczami, które nasilają się z każdym dniem...a może to tylko moje odczucie związane z przedłużającą się sytuacją.
W nocy z sb/ndz wylądowałam na patologii ciąży. Miałam dość nieregularną czynność skurczową mięśnia macicy, a ponieważ lekarka w szpitalu obawiała się, że jednak akcja się rozwinie kazała mi zostać na oddziale. To co tam przeżyłam to był koszmar...nikomu nie życzę.
Leżałam na sali 5 osobowej, tuż przy oknie, które wychodziło prosto na bardzo ruchliwą ulicę. Samochody jeździły całą noc, a dodatkowo zagraniczni turyści i studenci urządzili sobie "piknik" tuż pod moim oknem. Z koszmarnymi bólami leżałam do godziny 6 rano, kiedy zdecydowałam się pójść do dyżurnej, żeby poprosić o jakieś badanie lekarskie, bo nie wiedziałam, co się ze mną dzieje... usłyszałam, że mam czekać do 10 aż będzie obchód lekarski i wtedy lekarze podejmą decyzję....szkoda słów. Wróciłam na łóżko i jakoś dotrwałam do tej 10 do badania. Poprosiłam o KTG dla dziecka i sprawdzenie akcji skurczowej i poprosiłam o wypis na własne życzenie. Wolę cierpieć w domu, gdzie przynajmniej mogę w jakiś sposób łagodzić ból przez np. ćwiczenia na piłce, czy masaże, okłady niż siedzieć w szpitalu na patologii ciąży, gdzie każda pani na mnie dziwnie patrzy, kiedy mi twarz wykrzywia z bólu i nikt się mną nie zajmie w razie czego.
Wczoraj byłam bardzo przerażona, niewyspana i w ogóle bardzo rozbita...teraz nadal mam bolesne skurcze, ale póki co są dość nieregularne, więc do szpitala się nie wybieram. Powiedziałam sobie, że teraz poczekam w domu do tego momentu, aż skurcze będą regularnie co 5 minut i będą trwały 60 sekund. Inaczej się z domu nie ruszę...

Mniamuśne jagodzianki


11 lipca 2011.
Rozpoczyna się właśnie 39 tc. Ciągle oczekujemy i jak na razie cisza... Mała bardzo mało się rusza, a jeżeli już to się bardziej wypręża...ale czasem potrafi mamie napędzić strachu. Wczoraj np. prawie w ogóle nie czułam żadnego jej ruchu i do tego stopnia się zestresowałam, że pojechałam do szpitala i prosiłam o zrobienie KTG i sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku. Na szczęście nic złego się nie działo...ale mała rzeczywiście jest już bardzo leniwa. W każdym razie ta końcówka ciąży zawsze bywa bardzo emocjonalna i jeżeli ma się wątpliwości to lepiej się skonsultować z kimś z personelu medycznego niż się denerwować. Bardzo chciałabym mieć już "po" wszystkim...no ale jak widać małej się w ogóle nie śpieszy...woli brzuszek mamy :-)
W niedzielę postanowiłam upiec mniamuśne jagodzianki wg. przepisu innej mamy Madzi.
Poniżej podaję przepis, który zgapiłam z jej bloga.

Składniki:

- 500 g mąki pszennej (najlepiej chlebowej)

- 1,5 łyżeczki suchych drożdży (7 g) lub 14 g świeżych drożdży

- szczypta soli

- 1 szklanka mleka (250 ml)

- 1 jajko

- 1/4 szklanki oleju słonecznikowego

- 1/2 szklanki cukru (UWAGA: sugeruję dodać więcej, czyli 2/3 szklanki)

- 8 g cukru waniliowego

Składniki na farsz (mój):

- ok. 200 g jagód

- ok. 100 g malin (powinny być bardzo, bardzo słodkie)

- 4 łyżki cukru

- 1 łyżka mąki ziemniaczanej

- kubek śmietany 36%

- łyżka cukry pudru

Jagody, maliny, cukier i mąkę ziemniaczaną razem wymieszać. Osobno ubić śmietankę z cukrem pudrem i wstawić do lodówki.

Mąkę połączyć z drożdżami, dodać sól. Wlać mleko, wbić jajko, wymieszać dokładnie. Dodać olej i resztę składników. Zagnieść miękkie, plastyczne ciasto. Zostawić je w ciepłym, pozbawionym przeciągów miejscu aż podwoi swoją objętość.
Następnie ciasto krótko wyrobić, podzielić na 16 części (ok. 60g każda).Uformować jak bułeczki, w kule, i znów pozostawić na 15 minut do napuszenia. Z każdej kuli zrobić placek i na jego środku umieścić kopiastą łyżkę jagodowego farszu. Zlepić placki jak pierogi, dokładnie dociskając. Każdą umieścić złączeniem w dół na blacie stołu i delikatnie lecz zdecydowanie rolować nadając im kształt owalnych bułeczek. Gotowe umieścić na blaszce (np. wyłożonej papierem do pieczenia, albo posypanej mąką) i pozostawić do wyrośnięcia na 45 minut. Piec w temperaturze 220 st. C przez 15 minut. Następnie wystudzić je na kratce.

Wystudzone jagodzianki wyłożyć na talerz. Przygotować szprycę z długą końcówką, napełnić ją ubitą wcześniej śmietaną. Napełnić każdą jagodziankę odrobiną śmietany.

Pracy jest sporo, ale efekt oszałamiający. Gorąco polecam.
SMACZNEGO

Coś dla ciała - czyli pyszna tarta z cukinią














6lipca 2011.
Lipcowa depresja wcale nie chce minąć i szczerze już mam dość tego okropnego deszczu, który leje od kilku dni i nie wiem, kiedy w ogóle raczy sobie pójść. Potrzebuję słoneczka, które da mi nową energię do życia, a raczej przetrwania do narodzin naszej córeczki.
Tak - to już 38 tc. Czuję się jak słonica, ociężała i wielka...brzuch mi bardzo przeszkadza...spać ciężko, leżeć ciężko, siedzieć ciężko, chodzić ciężko...właściwie nie umiem sobie znaleźć miejsca na ziemi. Zdecydowanie 9 miesiąc jest chyba najgorszy...przynajmniej dla mnie. Czuję jakbym miała zaraz pęknąć od środka...
Dni płyną leniwie, jest rano, dłuuugie przedpołudnie i jeszcze dłuższe popołudnie i wieczór. Mąż ciągle zajęty - bo albo pracuje, albo gra na konsoli...
Aby skracać sobie dni staram się więcej czasu spędzać w kuchni eksperymentując. Dziś po raz drugi upiekłam pyszną tartą z cukinią wg. przepisu Flory. Roboty jest troszkę, ale gorąco polecam, bo rezultat oszałamiający. Pracy na około 1,5 h, a pochłanianie tarty zajmuje do max. 10 minut. :-)
Podaję przepis:
A więc z pół kostki masła, 2 żółtek, mąki krupczatki i kukurydzianej (tak około 2 szklanki), śmietanki (ok. 100ml) i przypraw (sól, papryka słodka i chili, bazylia i oregano) - zagnieść trzeba kruchy spód. Rozwałkować szybko i wyłożyć tym ciastem cienko formę, uformować brzegi, ponakłuwać, podpiec 15 min w 200 st C. W międzyczasie przygotowałam farsz - starłam na tarce o drobnych oczkach 3 małe cukinie (razem ze skórką) i jedną małą cebulę cukrową (taką łagodną, soczystą). Doprawiłam solą, pieprzem, koperkiem. odstawiłam na chwilę, aż puści sok i odcisnęłam jego nadmiar. Do ubitej na sztywno piany z dwóch białek, dodałam cukinię, pokruszony lazur (czyli ser z niebieską pleśnią) i delikatnie wymieszałam. Wyłożyłam na ciasto, ozdobiłam plastrami pomidorów bez skórki, serem (można dodatkowo bazyliowymi liśćmi, plastrami pieczarek lub suszonymi pomidorami, czy czarnymi oliwkami) i piekłam jeszcze 30 min w 180 st C.
SMACZNEGO!!!


Lipcowa depresja

4 lipca 2011
Czuję, że od kilku dni zaczęła doskwierać mi samotność...ciągle siedzę w domu i staram się coś czytać, wertować, przeglądać, ale chyba mam już dosyć. Brakuje mi pracy, stałego zajęcia, ludzi - to oczekiwanie i nasłuchiwanie mnie wykańcza - przede wszystkim psychicznie.
I jak to zwykle bywa w takich momentach - zaczynają się w głowie okropne myśli i rodzi się tysiące pytań, wątpliwości...dlaczego? po co? jak to będzie? czy dam sobie radę? czy wytrzymam psychicznie? DEPRESJA!!!

Pierwsza wizyta w szpitalu za nami...

30 czerwca 2011.
Dzisiaj odwiedziliśmy szpital, w którym zamierzamy rodzić i poznaliśmy Panią Położną, która ma nad nami czuwać w godzinie zero...
Muszę przyznać, że ostatnia wizyta u lekarza trochę mnie zestresowała, a mocny ból krzyża i tępy w dolnej części brzucha podczas ostatniej nocy spowodowały, że zaczęłam panikować, że to JUŻ...
Przy pierwszym porodzie człowiek niczego nie jest pewny...jak wyglądają te skurcze i co tak naprawdę słowo "skurcz" oznacza. Bo przecież każda kobieta jest inna...A internet i niektóre brednie, które tam wypisują wcale mi sprawy nie ułatwiają.
Pani położna uspokajała jednak, że tego raczej się nie da przegapić i że to bardzo boli...
Póki co jest rozwarcie jest na 1 cm i jakiś kawałek szyjki jeszcze jest, więc mam się "oszczędzać", żeby wytrzymać do 10 lipca, a później zobaczymy.

W oczekiwaniu

29 czerwca 2011.
37 tc. Jeszcze nie urodziłam...choć cisza na blogu mogła kojarzyć się jednoznacznie...:-)
Cóż ostatni okres ciąży nie należy do przyjemnych, przynajmniej dla mnie. Zupełnie opadłam z sił, każda nawet najmniejsza czynność jest dla mnie wielkim wyzwaniem. Mam potworne problemy ze snem, zamiast odpoczywać, budzę się co 20-30 minut i odwiedzam toaletę, a od 4 rano już praktycznie w ogóle nie śpię. Podczas wczorajszej wizyty u lekarza okazało się, że mam już zupełnie wygładzoną szyjkę macicy, rozwarcie na 0,5 cm i główka dziecka mocno naciska na szyjkę stąd moje częste wizyty w toalecie. Teoretycznie wg. lekarza mogę w każdej chwili zacząć rodzić...z prawdopodobieństwem, że w ostatniej chwili może się okazać, że jednak będzie cc, bo sprzężna zewnętrzna mojej miednicy wynosi 18 cm, podczas gdy powinna wynosić min. 20 cm.
Julitka jest jednak małych dzieckiem (około 2380 g) i moja lekarka mocno wierzy, że Matka Natura sobie poradzi z porodem naturalnym.
Od wczoraj zaczęłam się już bardzo mocno stresować bliskością porodu i tym, czy jeżeli mała urodzi się przed czasem będzie z nią wszystko w porządku. Jak wiadomo każdy dzień dla takiego maleństwa w brzuchu mamy jest na wagę złota.
Torba do szpitala już spakowana i spokojnie sobie czeka na ten WIELKI DZIEŃ.

Ćwiczenia mięśni Kęgla, masaż okolic krocza czyli jak praktycznie przygotować się do porodu

15 czerwca 2011.
Do porodu zostało mi już bardzo niewiele czasu...Jeżeli mała urodzi się w terminie to mam jeszcze około 40 dni...
Strach przed bólem, nacięciem krocza, szyciem i tym wszystkim nasila się z dnia na dzień. Ale... - ponieważ wiem, że bloga tego czytają kobiety, które w przyszłości planują zostać mamami, chciałam podzielić się z Wami praktycznymi radami, które być może się Wam w przyszłości przydadzą.
Po pierwsze - polecam, aby przez całą ciążę (już od 2, 3 miesiąca) stosować balsamy i kremy na rozstępy. Rano i wieczorem wmasowywać niewielką ilość kremu na brzuch, piersi, uda i biodra - czyli wszystkie te miejsca, które w przyszłości będą "rosły" wraz ze wzrostem naszego dzidziusia.
Ja osobiście używam preparatów trzech firm: Mustela, Dax Cosmetics i Ziajka.
Po drugie - należy ćwiczyć mięśnie Kegla, który to mięsień łonowo -guziczny odpowiedzialny jest za kontrolę i podtrzymywanie dna miednicy i pęcherza. Ćwiczenie mięśni Kegla ochrania część kobiet przed nacięciem krocza, czy pęknięciem podczas porodu.
Po trzecie -mniej więcej od około 34 tc należy regularnie 3 - 4 razy w tygodniu wykonywać masaż miejsc intymnych. Pozwala to rozluźnić mięśnie i zmiękczyć tkankę okolicy krocza, co również ma ułatwić poród bez nacięć i pęknięć. Ja do masażu polecam olejek firmy WELEDA na bazie naturalnych składników.
Oczywiście nikt nie zagwarantuje mi, że nie będę nacinana, czy że nie pęknę - no ale trzeba się do porodu przygotować - w końcu wg. lekarzy i położnych to najtrudniejsza i najcięższa praca fizyczna jaką ma kobieta wykonać w swoim życiu. ;-)

Będzie o słonecznikach i końcówce ciąży


13 czerwca 2011.
Dzisiaj rozpoczynamy z Julitką 35 tc...do spotkania już coraz bliżej...:-)
Mama niestety sił ma już coraz mniej, dużo odpoczywa, ale szczerze powiem, że znalezienie dogodnej pozycji bywa trudne. Dzidzia wyżywa się w brzuszku mamy... cały czas unosząc tyłek w górę, zgniatając mi płuca i żołądek. Potrafi boleć, oj potrafi...
Dzisiaj wielkie wydarzenie, bo przyjeżdża nowa fura tatusia - czyli wózek dla Julity. Tata wybierał - więc wszelkie uwagi w razie jakiejś niewygody córka będzie mogła jemu zgłosić ;-)
Co do porodu i wyboru szpitala - to nadal mam mętlik w głowie i wiem, że nic nie wiem...chyba jednak zostanie ten szpital, który wybraliśmy na początku. Mam tysiące obaw i wątpliwości, ale chyba nigdy nie będzie tak, że przy wyborze będę 100%pewna. Oby tylko z Julitką było wszystko w porządku to ja jakoś przeżyję - nawet najgorsze.
W miniony piątek miałam urodziny, a ponieważ nie czułam się najlepiej, zostałam w domu -odpoczywałam i tysiące różnych myśli kłębiło mi się w głowie. Głównie były to wspomnienia dotyczące mojego dzieciństwa i tego, że w każde moje urodziny wczesnym rankiem budził mnie zapach piwonii, który wypełniał cały mój pokój. Moja mamusia zawsze dbała o to, żeby piękne ogrodowe kwiaty (piwonie, słoneczniki) w tym szczególnym dniu cieszyły moje oczy. Potem były prezenty, życzenia i pyszne śniadanko. Nie sposób tego zapomnieć i teraz, choć już mijają trzy lata od dnia, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni - ten obraz często mi towarzyszy. Bardzo chciałabym, aby moja córka kiedy dorośnie też tak miło wspominała każde swoje urodziny w domu rodzinnym.
A te piękne słoneczniki, które widzicie na zdjęciu otrzymałam do mojego męża ;-*

Szpitale, znieczulenia i inne...

7 czerwca 2011.
Do porodu zostało jeszcze około 6 tygodni...mama intensywnie ćwiczy oddychanie w szkole rodzenia i przygotowuje się do aktywnego porodu podczas aqua aerobiku dla ciężarnych.
A mała Królewna siedzi sobie w brzuszku i chyba jest jej coraz ciaśniej - bo bardzo się rozpycha - zwłaszcza rączkami i nóżkami.
Odwiedziłam w miniony weekend Szpital, w którym planuję rodzić i wcale nie jest mi z tego powodu lepiej. Myślałam, że jak zobaczę wcześniej to wszystko to będzie mi jakoś łatwiej i może odrobinę lżej na duszy, tymczasem...mam coraz więcej wątpliwości, zaczęłam się wręcz panicznie bać.
Jak się okazało znieczulenie zewnątrzoponowe nie jest standardem tylko dobrem, za które trzeba słono zapłacić...grr. Zresztą szpital też jest podzielony na część odremontowaną (płatną) i część nieodremontowaną (darmową). Są extra płatne pakiety - położne, lekarze na telefon, pokoje ...można się w tym wszystkim pogubić.
Cały czas zastanawiam się i ubolewam na jednym dlaczego całe życie płacę składki zdrowotne, ubezpieczeniowe (niemałe kwoty), a kiedy przychodzi taki moment, że człowiek chciałby skorzystać np. ze znieczulenia, a tutaj się okazuje, że nie możesz, albo możesz - ale trzeba płacić.
Nasz kraj, a raczej cały ten NFZ (razem z Panią Minister Kopacz) należałoby zlikwidować...

Pierwsze wrażenia ze Szkoły Rodzenia

2 czerwca 2011.
A teraz będzie kilka zdań o pierwszych wrażeniach ze Szkoły Rodzenia. Jakoś nigdy wcześniej - tzn. przed zajściem w ciążę nie zastanawiam się nad tym, co tak naprawdę czuje świeżo upieczona mama, a może nawet jeszcze nawet nie mama...no bo niby już masz to dziecko - bo nosisz go w sobie, ale nie możesz go dotykać, przytulać, karmić, przewijać i kąpać. Teraz kiedy zostało mi około 50 dni do spotkania z naszą małą Kruszynką zaczynają mną szargać różne uczucia - bo po pierwsze zaczynam potwornie bać się porodu, bólu, znieczulicy lekarzy, położnych, pielęgniarek, po drugie - boję się tego, co będzie po porodzie - pierwsze karmienie, ból przy oddawaniu moczu, wstawaniu, anemia, po trzecie - i to chyba ostatnio jest najgorszym rodzajem strachu - mianowicie obawa, czy z małą wszystko będzie w porządku, czy urodzi się zdrowa, jak poradzi sobie ze stresem porodu itd itp. Tysiące pytań i obaw.
Szkoła Rodzenia uświadamia młodych rodziców - co tak naprawę ich i ich maleństwo czeka. Z jednej strony takie uświadamianie jest dobre, a z drugiej strony może nieco zasiać niepokój. No bo przychodzą różni lekarze, położne i opowiadają o swoich doświadczeniach, które nie zawsze są pozytywne i mają szczęśliwe zakończenie.
Poza wykładami szkoła rodzenia proponuje też ćwiczenia i aqua aerobik. Ćwiczenia są bardzo spokojne i nie do końca mi odpowiadają - no ale po pierwsze chcę się nauczyć oddychać - więc muszę na nie uczęszczać, a po drugie - połowa dziewczyn, która tam ze mną chodzi - dawno nie uprawiała żadnej gimnastyki, więc trudno wymagać żeby ćwiczenia były bardziej intensywne.
Ogólnie jednak polecam przyszłym mamom zapisanie się na takie kursy, bo warto...


O tym co robi stres z mamą i kotką

29 maja 2011
Od jutra zaczynamy z Julitką 33 tc...a więc Wielki Dzień zbliża się krokami milowymi...brzuszek rośnie nadal i staje się coraz większy.
Mama zaczęła powoli robić zakupy ciuszkowe dla bobasa - ale szczerze powiem, że przez ten remont - a teraz już raczej urządzanie mieszkania - nie mam z tego żadnej radości. Wszystko robione jest w okropnym pośpiechu i stresie. Przeklinam ten dzień, kiedy zdecydowałam się na to wszystko. NIGDY WIĘCEJ REMONTU W CIĄŻY...ciągłe borowanie, przekłuwanie, hałas i bałagan mogę człowieka wykończyć. Jestem już psychicznie na skraju wyczerpania nerwowego...a do tego zachorowała moja kotka...3 dniu u weterynarza, zastrzyki antybiotykowe, które sama jej aplikuję i żadnej poprawy, żadnej konkretnej diagnozy - poza tą, którą sama wystawiłam - czyli stres związany z remontem.
Mam ochotę usiąść i rozpłakać się jak małe i bezradne dziecko...no bo trochę się tak czuję - 1. brudno w mieszkaniu - jak to przy remoncie bywa - a ja nie mam sił i nie dam rady tego posprzątać, a nikt mi w tym nie pomoże 2. brak mamy czy kogoś bliskiego do kogo mogłabym zadzwonić i choć się wyżalić 3. bezsilność wobec choroby kotki - czytam, szukam i nic...
4. pretensje taty, że nie przyjeżdżam go odwiedzić - podczas gdy znoszę coraz gorzej wszelkie podróże.
Marzę o chwili, kiedy to wszystko minie i będę mieć choć na chwilę spokój...

2 miesiące do spotkania po tej stronie brzuszka??

25 maja 2011
Mija 32 tc, do Wielkiego Dnia już coraz bliżej...około 2 miesięcy. Brzuszek okrąglutki...choć póki co jeszcze tak bardzo nie przeszkadza...
Mama zaczyna się już powoli stresować zbliżającym się porodem...i tym, co będzie PO...Z jednej strony cieszę się już na spotkanie takiej małej MOJEJ ISTOTKI, a z drugiej bardzo się boję...no bo w końcu taka mała kruszyna będzie zależna tylko od nas...Chyba każdy młody rodzic ma tysiące wątpliwości i obaw...
Remont prawie nas już wykończył, ale dobiega już powolutku końca i mam nadzieję, że lada chwila urządzimy salon i będzie już pięknie i czysto.
Od dwóch dni szukam łóżeczka, materacyka i pościeli dla naszej Królewny i muszę przyznać, że ofert jest od groma...czasem już się w tym wszystkim gubię...
Czekają nas też spore zakupy...wanienka, smoczki, butelki, pieluszki, ubranka...

Zostało +/-69 dni

17 maja 2011

31 tydzień ciąży. Do porodu zostało jeszcze nieco ponad 2 miesiące...czyli coraz mniej...Czas ucieka, a ja mam coraz mniej sił na szaleństwo zakupów, a prawdę mówiąc nie mam jeszcze nic dla małej. Ciągle mamy niegotowy duży pokój...panele czekają na ułożenie, a wcześniej trzeba przełożyć kable. Szczerze mówiąc mam już tego wszystkiego dość - remontu, malowania, zakupów mebli, sofy wybierania kolorów...nigdy nie sądziłam, że urządzanie mieszkania może być tak wyczerpujące :-(
Od dzisiaj jestem na przymusowym L4 - pani Doktor stwierdziła wczoraj, że jestem skrajnie wyczerpana i muszę teraz bardzo dużo odpoczywać. I chyba ma rację...
Mała Julita waży 1553 g, rozwija się prawidłowo, ale za to ja nie przybrałam ani grama tłuszczu...
Dzidzia nadal ułożona jest główką w dół, ale wzrost wagi spowodował, że bardzo mocno naciska na szyjkę macicy, co powoduje, że dolne partie miednicy są bardzo mocno napięte i muszę dużo wypoczywać, jeść potrójną dawkę magnezu, a na niski poziom hemoglobiny - żelazo.


Coś na ząb

11 maja 2011

A dzisiaj na kolację zrobiłam taką oto małą sałatkę z grillowanego bakłażana.

Składniki, 1 porcja:

1/2 małego bakłażana
3 liście sałaty karbowanej
kilka kosteczek sera feta
2 - 3 pomidorki koktajlowe
1 łyżka listków świeżego oregano
1 łyżeczka suszonego oregano
sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz
oliwa z oliwek

Wykonanie:
  • Bakłażana pokroić na 1 cm plastry. Posypać solą, odstawić na 15 minut. W międzyczasie przygotować MIODOWY SOS WINEGRET.
  • Bakłażana opłukać pod bieżącą wodą, aby pozbyć się goryczki, dokładnie osuszyć papierowym ręcznikiem i ułożyć na rozgrzanej patelni grillowej. Grillować przez około 5 minut z jednej strony aż powstaną ciemne pręgi. Przełożyć na drugą stronę, posypać solą morską, skropić oliwą z oliwek i grillować przez kolejne 5 minut.
  • Bakłażana ułożyć na sałacie, dodać ser feta i pokrojone na połówki pomidorki koktajlowe. Posypać świeżym oraz suszonym oregano. Polać miodowym sosem winegret. Oprószyć świeżo zmielonym czarnym pieprzem oraz ewentualnie solą morską do smaku

Miodowy sos winegret Δ

Sos winegret wzbogacony o miód i czosnek. Przyrządzony na bazie oliwy z oliwek Mój ulubiony sos do sałatek. Oliwę z oliwek można zastąpić olejem z pestek winogron lub innym olejem roślinnym. Ja zwykle używam oliwy z oliwek extra virgin.
Pyszny miodowy sos winegret do sałatek. Najlepszy sos do sałaty, pomidorów.

Składniki:

1 łyżka soku z cytryny (lub 1,5 łyżki octu winnego)
3 - 4 łyżki oliwy z oliwek extra virgin
1 łyżka miodu
1/2 ząbka czosnku (opcjonalnie)
szczypta soli morskiej
świeżo zmielony czarny pieprz

Czosnek bardzo drobno posiekać, rozetrzeć końcem noża, posypać delikatnie solą i przełożyć do miseczki. Dodać miód i razem rozetrzeć. Wlać sok z cytryny, sól i pieprz do smaku. Dolać oliwę i wymieszać wszystkie składniki.


Pychota - smacznego!!!

The Southern Adventist University Symphony Orchestra

11 maja 2011

Dwa dni temu, a więc 9 maja wybrałam się na koncert orkiestry symfonicznej do kościoła Św. Katarzyny w Krakowie. Koncert The Southern Adventist University Symphohony Orchestra - bo tak brzmi pełna nazwa tej orkiestry - był dla mnie niezwykłą ucztą duchową. Ale za to małej wcale się nie podobało...tłukła się ile wlezie...ach te dzieci. Dobrze, że w kościele była toaleta - bo chyba bym musiała zrezygnować w połowie programu i wyjść w poszukiwaniu ustronnego miejsca :-)
To już 30 tc...do porodu około 75 dni, a mama z tatą ciągle w proszku tzn. mieszkanie a dokładnie salon przypomina przejście tajfunu...jeszcze najgorsze przed nami...
Ogólnie nie czuję się najgorzej, chodzę do pracy, ale zmęczenie daje mi w kość...
Obecnie jestem na etapie szukania fotografa na sesję ciążową i noworodkową. Dziś zamówiłam u mojej zaprzyjaźnionej Pani Florystki różową opaseczkę z kwiatuszkami, żeby mała słodko wyglądała na swojej pierwszej w życiu sesji ;-)

Kolki i problemy z oddychaniem...

7 maja 2011
Trzeci trymestr jak się okazuje rzeczywiście jest najbardziej uciążliwy...człowiek staje się coraz bardziej ociężały, a maleństwo sobie szaleje wbijając swoje rączki i nóżki gdzie popadnie.
Od trzech dni zaczęłam odczuwać nowy dyskomfort - mianowicie kolki i problemy z oddychaniem.
Kiedy po raz pierwszy zaczęło mi brakować powietrza przestraszyłam się...ale jak się okazało to zupełnie normalne, bo płuca ciężarnej muszą absorbować o 20% więcej tlenu. Kolki - które pojawiają się jak się okazuje w pozycji siedzącej czy nawet leżącej też są standardem...czasem potrafią trwać nawet do 3 dni...mnie na szczęście trzymają do godziny...Poza tym w nocy łapią mnie skurcze nóg, co najprawdopodobniej może być spowodowane niedoborem magnezu...
Ogólnie zaczyna się już niezła jazda bez trzymanki...:-)
Julita dziś cały dzień była wyjątkowa wyrozumiała dla swojej mamusi, prawie cały dzień spała...ale za to około 19 zaczęła figlować i ...chyba szybko nie zaśnie.
Kotka jest dla mnie mniej wyrozumiała - już drugi dzień z rzędu sika na łóżko i sofę...a ja nie wiem, co się dzieje...czy to objaw stresu związanego z remontem i nowym zapachem, czy jej złośliwość, czy zapalenie pęcherza...
Ogólnie mijający tydzień nie należał do najprzyjemniejszych...oby następny był bardziej udany.



Remont w ciąży

2 maja 2011.

Jeżeli ktoś dałby mi wybór pomiędzy malowaniem i urządzaniem mieszkania, a 3 dniami spędzonymi za miastem na pewno wybrałabym opcję nr 2. Ciąża absolutnie nie nadaje się na takie wyzwania. W zasadzie mija dopiero drugi dzień od rozpoczęcia prac remontowo-malarskich, a mi się wydaje, że siedzę w tym wszystkim już 2 tydzień. Jest masakra....Stres... nerwy, a do tego przeszkadzający we wszystkim brzuch...nie mogę się porządnie schylić, wyciągnąć na dłużej rąk do góry, przebywać długo w malowanym pomieszczeniu, za długo sprzątać...Zdecydowanie zły okres, no ale cóż począć, jeżeli nie uporządkujemy tego teraz to później z małym bobasem już nie zrobimy nic.
Rozpoczynamy dziś z Julitką 29 tc...mała dziś chyba nie jest w najlepszym humorku...jak tatuś - ładuje mi ciągle piąski w bok...czasem naprawdę boli...

A propos zębów

Jeszcze kilka zdań na temat higieny jamy ustnej...otóż od około dwóch tygodni mam potworny problem z dziąsłami - przy każdym szczotkowaniu, czy też czyszczeniu nicią dentystyczną - moje dziąsła potwornie krwawią i są bardzo wrażliwie. Czytałam na ten temat i okazuje się, że ponoć w ciąży taka przypadłość to dosyć częste zjawisko. Nie byłam jednak co do tej opinii do końca przekonana i postanowiłam odwiedzić moją panią dentystkę. Lepiej dmuchać na zimne...i okazało się, że rzeczywiście ciąża i okres karmienia sprzyja takim problemom - ale nie oznacza to, że można sobie pofolgować i np. nie szczotkować zębów. Wręcz przeciwnie - należy dokładnie myć zęby po każdym posiłku i dwa razy dziennie płukać jamę ustną płynami np. Erudril czy Meridol.

26 kwietnia 2011

Długi świąteczny weekend już za nami, ale na szczęście następny majowy jeszcze przed nami...tyle że dla mnie i mojego męża ten następny weekend będzie bardzo pracowity - czeka nas gruntowne malowanie całego mieszkania, a co za tym idzie sprzątanie...
Za około 12 tygodni urodzi się nasza mała królewna - więc trzeba powoli zacząć kupować potrzebne akcesoria. Ale zanim zacznę zagracać mieszkanie łóżeczkiem, wanienką, wózkiem i innymi takimi "pierdółkami" najpierw chcę, żeby były już odmalowane ściany, żeby nie trzeba było przekładać rzeczy z miejsca na miejsce.
Zaczęłyśmy z Julitką 28 tc - mała jest wyjątkowo ruchliwa - wczoraj kopała mnie niemal cały dzień i przyznam, że już pod koniec dnia miałam dość, byłam bardzo zmęczona i obolała, a dodatkowo moje samopoczucie było pogarszane przez wielki ucisk żołądka i ból na wysokości płuc...
Od dwóch dni jestem troszkę niespokojna - bo bratanice mojego męża zaraziły się ospą - a jak przeczytałam - ospa jest niebezpieczna dla ciężarnych - a ja niestety najprawdopodobniej nie chorowałam w dzieciństwie na tę chorobę. Mam nadzieję, że się tym świństwem nie zarażę.
Poza tym dzisiaj moja koleżanka - która już za dwa tygodnie będzie rodzić - nastraszyła mnie paciorkowcem grupy B - tzw. Streptococcus agalactiae, GBS czyli Group B Streptococcus, który jest bardzo niebepieczny dla noworodka, jeżeli zarazi się nim przy porodzie. Na szczęście moja lekarka wpisała mi GBS na listę obowiązkowych badań, więc będę wiedzieć co i jak.
Można oszaleć z tym wszystkim...ja staram się podchodzić w miarę normalnie do tego wszystkiego, ale czasem po prostu się nie da.

Około 96 dni do końca

20 kwietnia 2011

Za oknem piękna pogoda, 23 stopnie w słońcu, zielona trawa, kwitnące krzewy i drzewa...ach :-) wygląda na to, że doczekaliśmy się prawdziwej wiosny, ba... nawet lata. Dzień za dniem moja i już zostało mi tylko około 96 dni do powitania naszej córeczki po tej stronie brzuszka...:-)
Właśnie mija 27 tc. a co za tym idzie wchodzimy w 3 trymester - wg. opinii doświadczonych mam ponoć najgorszy czas dla cieżarnej...rzeczywiście zaczynam powoli mieć mniej sił, szybciej się męczę, mam potworną zgagę, zaparcia...a będzie coraz ciężej...
Praca zawodowa wcale mi nie ułatwia życia...stres, nerwowa atmosfera i nadmiar pracy bardzo mnie wykańcza i nie wiem jak długo dam radę...a najgorszy jest fakt, że wszystkim się wydaje, że czuję się super i mogę pracować za 10 osób...
Zapisałam się do szkoły rodzenia i dostałam w prezencie całą reklamówkę różnych próbek, ulotek, ale też i kilka jakiś broszurek do poczytania i ...zaczęłam powoli wątpić w siebie i w to, że dam sobie z tym wszystkim radę...
Martwię się, że nic tak naprawdę nie wiem o dzieciach, że będę "złą" matką, że nie będę umiała karmić piersią, że mała będzie nerwowa (bo w końcu ja też się cały czas czymś stresuję), że w ogóle nie będę umiała się znaleźć w nawej roli...można oszaleć...
Jestem ogólnie przez ostatnie 2 tygodnie bardzo zestresowana - a nawet nie mam bratniej duszy, z którą mogłabym pogadać.
Ale chyba tak już bywa, że kiedy dziewczyna decyduje się na dziecko - zostaje sama z tym wszystkim, a u mnie dodatkowo jest kiepsko - bo nie mam nawet mamy, z którą mogłabym pogadać...

8 h w pracy a ciąża

15 kwietnia 2011

Długo wyczekiwany i wyglądany weekend nareszcie stał się rzeczywistością...od momentu mojego powrotu do pracy zawodowej ponownie zatęskniłam za dniami wolnymi od pracy...ach.
Dwa dni wolności - bez ciągłych narzekań, kłótni, krzyków, nękania kolegów zza biurka i świat od razu jest piękniejszy.
Kręgosłup dosyć poważnie daje mi w kość i zastanawiam się jak długo wytrzymam to 8 h siedzenie za biurkiem...poza tym wracam do domu zupełnie wypompowana z sił, bo w pracy niewiele osób rozumie, że ciąża rządzi się swoimi prawami, że powinnam mieć spokój i w miarę dogodne warunki do pracy...tymczasem mam ciągły oddech na plecach kogoś z firmy, że mam pracować, pracować, pracować...najlepiej 24 h na dobę...Ja się denerwuję, mała się denerwuje - zaczyna mnie kopać i tak sobie walczymy.
I zaczynam powoli rozumieć dlaczego tak dużo kobiet w ciąży korzysta z L4 i dlaczego Polki w tym przodują wśród Europejek - odpowiedź jest prosta - bo pracodawca ma gdzieś Ciebie i Twoją ciążę...
Najlepsze rozwiązanie - też mieć go gdzieś i odpowczywać na L4...
Poza tym - u nas wszystko w porządku - mała rozrabia i rośnie w brzuszku...a ja staram się cały czas nawilżać skórę, żeby uniknąć rozstępów...
Zostało już tylko 100 dni...;-)

Przerwa w ciszy...

11 kwietnia 2011.

Ojej...troszkę czasu upłynęło od mojego ostatniego wpisu, dlatego postanowiłam zrobić przerwę w tej ciszy i coś napisać...:-)
Moje milczenie wynikło z bardzo intensywnej w ostatnich dniach nauki do egzaminu - no ale się opłaciło.
Otóż 5 kwietnia 2011 zostałam przyjęta w poczet uprawnionych geologów w kategorii VII...i teraz po otrzymaniu stosownego świadectwa podpisanego przez samego pana Ministra ds. Środowiska...:-)mogę samodzielnie wiercić dziury w ziemi...:-). Niby to takie oczywiste - bo cóż innego może robić geolog- ale jak się okazuje na wszystko trzeba mieć stosowny papier...;-).

Dziś zaczynamy z małą Julitą - bo chyba takie w końcu będzie imię naszej córeczki - 26 tc. Czas pędzi nieubłagalnie do przodu i chyba najwyższy czas zacząć myśleć o wyborze szkoły rodzenia i szpitala. Powiem szczerze, że mam niezły mętlik w głowie, jeżeli chodzi o wybór...tyle się naczytałam i nasłuchałam różnych opinii o tych krakowskich szpitalach, że strach mnie oblatuje - jak tylko o tym myślę.
Postanowiłam, że zadzwonię do szkoły rodzenia, która działa przy szpitalu Siemieradzkiego i zobaczymy, czy mnie przyjmą (chodzi o wolne miejsca na kursie).
Poza tym brzuszek powiększa się z dnia na dzień i nie dopinam już moich spodni w pasie...dlatego postanowiłam zakupić spodnie ciążowe. Polecam sklep Happy mum...(mają też sklep on - line) można zakupić bardzo ładne i eleganckie ubrania ciążowe - ale niestety w nie najniższych cenach...
Mała rośnie i przy tym się bardzo rozpycha - kopie w pęcherz (biegam co minutę do toalety), kopie w żołądek (jest taki ściśnięty i bardzo boli - jakby kamień był w środku). Muszę jeść bardzo mało i często, bo inaczej bardzo cierpię...
Mała jest straszną rozrabiaką i czuję, że będzie jak mamusia bardzo aktywna - ale przez tę jej aktywność w ogóle nie daje mi za dużo pospać w nocy...
Ale i tak ją kocham... i już nawet zakupiłam dla niej pierwszą, małą sukienkę z legginsami...jest przesłodka...;-)
Wróciłam też do pracy zawodowej, ale nie powiem, że siedzenie 8 h za biurkiem to szczyt moich marzeń...kręgosłup daje mi poważnie w kość...liczę na to, że szybko się przyzwyczaję...zobaczymy.

O kulinarnym osiągnięciu i o tym, że 75g glukozy można jednak przełknąć

23 marca 2011

Pogoda od kilku dni zaczęła się robić iście wiosenna...no ale w końcu od kilkudziesięciu godzin mamy kalendarzową wiosnę, więc już chyba najwyższa pora, żeby zacząć zrzucać "zimowe futro", a wskakiwać w letnie, zwiewne sukienki. Ja, żeby uroczyście uczcić nadejście wiosny wybrałam się w mioniony weekend do centrum na zakupy. Chciałam złowić jakiś ciuszek na egzamin (w końcu już tylko 13 dni pozostało), a poza tym zaczynam powoli wyrastać ze swoich ubrań, więc chciałam nadrobić zaległości w szafie...Szybko doszłam jednak do wniosku, że ceny mnie przerastają...chyba za mało zarabiam...tzn. pensja polska, a ceny europejskie...no ale w każdym razie mam śliczną sukienkę, w której się od razu zakochałam :-)
Wczoraj dokonałam też absolutnego osiągnięcia - tzn. po raz pierwszy odważyłam się zakupić surową rybę w postaci pstrąga i ją przyrządzić. Dotychczas miałam jakąś wewnętrzną blokadę, żeby zakupić takie stworzenie, które jeszcze patrzy na mnie i coś z niego przyrządzić.
Przepis na pieczonego pstrąga znalazłam w internecie na blogu "patrzeć przez zielone..." i okazał się strzałem w 10. Danie jest przepyszne, smaczne i lekkie. POLECAM!!!
Oto przepis:

Pstrąg pieczony z masłem czosnkowym i ziołami

Składniki:

3 -4 niewielkie, świeże pstrągi (wypatroszone)
sól morska
masło (4 łyżki)
2 ząbki czosnku
cytryna
natka pietruszki, tymianek, szałwia (świeże)
bazylia
sól, pieprz
słodka czerwona papryka (przyprawa)

Ryby umyć, osuszyć, natrzeć solą (wewnatrz i na zewnatrz), bazylią, pieprzem, do środka włożyć po kilka listków szałwii, tymianku i natki pietruszki, owinąć folią aluminiową i włożyć na 1 ha do lodówki. Miękkie masło wymieszać z czosnkiem przeciśniętym przez praskę. Do środka każdej ryby włożyć po łyżce masła, skropić sokiem z cytryny. Rybę owinąć folią tak, aby rozcięcie "na brzuchu" ryby było odsłonięte (folia w łódeczkę). Ryby owinięte folią i ułożona na blaszce wstawić do nagrzanego do 200 stopni piekarnika. Piec ok. 20-30 minut, potem wyjąć z piekrnika, folię odwinąć tak, aby ryba mogła się przypiec, ryby posypać czerwoną słodką papryką. Piec jeszcze 10 minut.

To już 23 tydzień ciąży...mała bryka w brzuszku, że aż miło, mam nadzieję, że rozwija się prawidłowo i ma się dobrze...w każdym razie ja staram się jej dostarczać różnych witamin.
Wczoraj wylądowała na pokładzie jej starsza koleżanka - Hania. Gratulujemy rodzicom i cieszymi się razem z nimi.
Cały czas się zastanawiam jaka będzie nasza córeczka, czy będzie miała włoski, a jeżeli tak to jakiego koloru, a może będzie łysa...:-) Już bym chciała ją mieć obok siebie...ten okres ciąży wcale mi się nie podoba...
Dzisiaj byłam na badaniu zwanym obciążeniem glukozą 75 g. Trzy ukłucia, świństwo w postaci 75 g glukozy z odrobiną wody do wypicia i 2 h siedzenia w miejscu, żeby wynik nie był zafałszowany...Roztwór jest do wypicia - jest mega słodki - ale najlepiej go wypić od razu i zatkać nos, żeby nie wąchać tego zapachu, bo odrzuca. Ja dostałam od Pani pielęgniarki odrobinę wody do przepicia i to mnie uratowało - bo inaczej chyba bym już tą końcówkę zwymiotowała...brr











Córcia się coraz mocniej rozpycha...

17 marca 2011

Pogoda od dwóch dni wcale nas nie chce rozpieszczać, pada, jest chłodno, wieje porwisty wiatr i w ogóle jest szaro, buro i ponuro. A ja siedzę na sofie z bardzo złym samopoczuciem i zastanawiam się, kiedy ta wiosna do nas przyjdzie i zostanie na dłużej.
Od dwóch dni nasza mała córeczka zaczęła intensywnie rosnąć, co widać po moim brzuszku, zrobił się bardzo okrąglutki, no i waga też mi podskoczyła w górę. Poza tym mała strasznie się rozpycha, ciągle muszę biegać do toalety i czasemi poza pęcherzem bardzo uciska mi żołądek - a to niestety boli.
To już połowa 22 tygodnia ciąży, a przede mną jeszcze około 18...w najbliższej przyszłości czeka mnie badanie: test obciążenia glukozą 75 ml (GTC)...brr Pani Doktor powiedziała mi, że ona robi to badanie raz i od razu z dawką 75 ml - nie chce mnie torturować, że najpierw dostanę 50 ml, a jeżeli coś nie wyjdzie to pójdę znowu po większą dawkę. Dziękuję...za tą wątpliwą przyjemność...brr Już mnie mdli i mi słabo na samą myśl o tym...Trzymajcie kciuki...

Strach przed nowym, nieznanym

15 marca 2011.

Zazwyczaj tak w życiu bywa, że każdy z nas odczuwa strach przed czymś nowym, nieznanym...i tak też jest w moim przypadku. Czas pędzi nieubłagalnie do przodu i ani człowiek się nie obejrzy, a minie kolejny rok.
Do wielkiej chwili narodzin naszej córeczki zostało już tylko 4 miesiące i chyba zaczynam się powolutku bać...ostatnio po wizycie u naszych znajomych (doświadczonych rodziców) uświadomiłam sobie jak niewiele wiem o opiece nad noworodkami, w ogóle o dzieciach, porodach, kaszkach, chorobach i w ogóle...ogarnęło mnie przygnębienie i strach...A chyba najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że do nas jeszcze to wszystko nie dociera...tzn. to że zostaniemy rodzicami. Chodzimy razem na badania USG, oglądamy to dziecko, ja odczuwam jego ruchy...ale cały czas jest to jakieś odległe...
Mała rozwija się prawidłowo, ciągle sobie fika, łapie się za uszka, główką (śmieszne to) i już nawet ułożyła się główką w dół do porodu...a my ciągle nie zdecydowaliśmy jak będzie miała na imię...ehhh




Z okazji Dnia Mężczyzny...

10 marca 2011.
Media trąbią dziś od rana... toż to przecież dzisiaj Dzień Mężczyzny jest... - z tej okazji chciałam złożyć serdeczne życzenia dla Wszystkich Facetów, którzy być może czasem też tutaj zaglądają... spełniania pragnień i samych słodkości od swoich lepszych i piękniejszych połówek :-)
Ja z okazji tego święta upiekłam dla mojego łasucha muffiny z nutellą, wiśniami i borówkami amerykańskimi.
Drogie Panie gorąco polecam poniższy przepis - muffiny są rewelacyjne, niebo w ustach...SMACZNEGO!!!



Muffiny

Składniki:

- 1,5 szklanki mąki pszennej
- 2/3 szklanki cukru
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
- szczypta soli
- 2 małe jajka
- 400 g jogurtu naturalnego
- 80 – 100 g stopionego tłuszczu (masła lub margaryny)

W jednej misce wymieszać składniki suche: mąkę, cukier, sól i proszek do pieczenia. W drugiej – składniki mokre. Następnie wymieszać wszystko razem. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, napełnić ciastem do połowy (około 1 łyżki stołowej), następnie położyć nadzienie (konfiturę, świeże owoce lub nutellę). Następnie wstawić do piekarnika (180 st. C lub 4 – 5 poziom piekarnika gazowego) i piec ok. 20 – 30 minut.




O muffinach, anemii i poszukiwaniach kotki Pysi

10 maca 2011.

Pogoda za oknem (deszcz, śnieg i ogólna plucha) wcale nie zachęca do wystawienia nosa za drzwi, co w sumie dla mnie jest na plus, bo spokojnie mogę się obłożyć książkami i zakuwać...choć szczerze - mam już odruch wymiotny, kiedy po raz kolejny czytam to samo w kółko i ciągle jest bardzo dużo wiadomości, których nie pamiętam...;-(
Na szczęście od czasu do czasu wpadam na jakiś pomysł urozmaicenia sobie dnia i np. piekę muffiny. 8 marca z okazji Dnia Kobiet dostałam od mojego Kochanego Męża poza bukietem kwiatów papilotki do muffinów. Ucieszyłam się niezmiernie i od razu przystąpiłam do wielkiej akcji pieczenia tych smakołyków. Wiele przepisów znalazłam na kulinarnym blogu mojewypieki.blox.pl
Generalnie bardzo polecam te pyszności wszystkim zapracowanym kobietom, bo muffiny są bardzo smaczne i szybkie w przygotowaniu.
Ale żeby życie nie było zbyt kolorowe okazało się wczoraj po badaniu krwi, że gwałtowanie spada mi poziom hemoglobiny, a poziom hematokrytu jest już dużo poniżej normy... czyli zaczyna mnie dopadać anemia...stąd prawdopodobnie moje zasłabnięcia i omdlenia. Pewnie będę musiała jeść więcej czerwonego mięsa, pić mikstury z buraczków i przyjmować żelazo...brr
Dziewczyny pilnujcie się w ciąży...zapotrzebowanie na żelazo w II trymestrze bardzo mocno wzrasta i można szybko wpaść w anemię.
Ale żeby nie było, że tylko anemia mnie zaatakowała - to wczoraj i przedwczoraj zaatakował mnie silny stres, a to za sprawą zniknięcia kotki naszej sąsiadki. Pysia - bo tak ma na imię owa kotka - 8 marca w godzinach dopołudniowych wyskoczyła z okna balonu i zniknęła. Rozpoczęły się wielkie poszukiwania w obrębie naszego osiedla, które jak wiadomo nie jest małe, a dodatkowo akcję utrudniał zbliżający się wieczór i ogromny gwar wieczorny spowodowany powrotami do domu mieszkańców osiedla. Pół ubiegłej nocy nie przespałam i co 30 minut wstawałam i patrzyłam przez okno kuchenne na podwórku, z nadzieją, że może jednak się pojawi i ją wypatrzę. Rano pojawiły się karki z informacją o zaginięciu Pysi i prośbą o pomoc w poszukiwaniach. Było nam wszystkim bardzo smutno i źle, bo ta kotka była częścią naszej rodziny, uwielbialiśmy ją jak naszą własną - tym bardziej, że ona często nas odwiedzała na balkonie. Nawet moja Kiki była jakaś nieswoja i osowiała, zupełnie jakby wyczuwała, że coś jest nie tak. Ach to był wielki stres i nerwy. Na szczęście kotka się znalazła cała i zdrowa - spadł kamień z serca. Mam nadzieję, że już jej do tej główki nie wpadanie taki pomysł...Ach te koty...:-)

Jesteśmy na półmetku...

7 marca 2011.

Od dziś do wyznaczonej przypuszczalnej daty porodu zostało nam jeszcze, a może aż 140 dni... biorąc pod uwagę, że teoretycznie ciąża trwa 280 dni to połowa za nami. Nie powiem, że "gorsza" połowa, bo nie wiem, co mnie/nas jeszcze czeka...w tym tygodniu na pewno badania krwi -morfologia, odczyn Wassermana, HIV i takie tam... a za jakieś kilka tygodni test obciążenia glukozą - czego boję się najbardziej.
W sumie zaczynamy dziś 21 tc, więc i teoretycznie powinnam odczuwać już ruchy dzidzi...tymczasem chyba nie odczuwam, a może odczuwam, a mi się wydaje, że to jakieś gazy...w końcu to dziecko jest jeszcze bardzo małe, to i siły nie ma za dużo...nie tak jak moja kotka, jak mnie kopnie to dwa dni boli...;-).
Do egzaminu został już niecały miesiąc, więc staram się zintensyfikować naukę, ale idzie mi to bardzo ciężko....długo już się nie uczyłam czegoś na pamięć i chyba wypadałam z wprawy.
Pozytywne jest to, że chyba wiosna się do nas zbliża wielkimi krokami. Słońce codziennie wita mnie o poranku, temperatury nie są jeszcze wybitnie wiosenne - no ale przynajmniej jakiś taki powiew świeżości czuć w powietrzu. Może już niedługo będę mogła ubrać jakąś wiosenną sukienkę? :-) oby...


Coś o pączkach i samopoczuciu ciężarnej

3 marca 2011.

Dzisiaj wielki dzień pączkowego obżarstwa - wszak to dzisiaj Tłusty Czwartek mamy...wszyscy, czy to wielcy, czy mali biegną do cukierni czy piekarni, żeby zakupić te puszyste słodkości i pochłonąć je bez wyrzutów sumienia. Ale moi drodzy czytelnicy, czy Wy wiecie że taki pączek to 200-300 kcal...?Wiem, wiem - dzisiaj jemy je bez liczenia kalorii....
Sama grzecznie poprosiłam dzisiaj męża, żeby spełnił moją zachciankę i zakupił dla mnie na śniadanie pączka z różą...Zjadłam, ale powiem szczerze, że wcale jakoś nie jestem usatysfakcjonowana ich smakiem. Mam wrażenie, że nie są one pieczone na tłuszczu pierwszej świeżości...a i same w sobie jakieś takie...
A może ja po prostu mam smaki i humory - możliwe...
Ostatnio nachodzą mnie jakieś refleksje związane z samopoczuciem kobiet w ciąży...nie wiem dlaczego, ale chyba to taki standard, że każdy kto wie o mojej ciąży, kiedy tylko mnie zobaczy najpierw patrzy na mój brzuch i niemal automatycznie zadaje ulubione chyba przez ciężarne pytanie "Jak się czujesz?"
Grzecznie odpowiadam "ok", lub"dobrze" lub "nie najgorzej"itd, itp...ale tak naprawdę żadna kobieta nie mówi jak to naprawdę jest być w ciąży...Tak naprawdę przez większość tych 9 miesięcy coś tam zawsze doskwiera - na początku senność, nudności, czasem wymioty, nadwrażliwość na zapachy, potem ból kręgosłupa, zgaga, zaparcia, bóle głowy, zawroty głowy, omdlenia, zmęczenie, problemy ze snem...Kobieta odpowiadając na pytanie "jak się czujesz "- "dobrze" - pozostawia w błogiej nieświadomości swojego rozmówcę i ten (szczególnie facet lub kobieta, która jest bezdzietna) myśli, że ciąża to taki stan w którym kobieta "lewituje"...a guzik prawda, nic bardziej mylnego. Ciąża to okres, w którym nasz organizm pracuje w zdwojonym tempie i szczególnie już pod koniec ledwie "zipie"....

150 dni do wielkiego dnia!!!

25 lutego 2011.

Od dziś do wielkiego dnia narodzin naszej córeczki wg. reguły Naegelego zostało już tylko +/-150 dni. W sumie sama nie wiem, czy to dużo czy mało...w każdym razie już niedługo będzie półmetek ciąży :-). Cały czas intensywnie zastanawiamy się nad imieniem i jak na złość żadne imię żeńskie jakoś nam nie pasuje...ale jesteśmy wybredni...Mamy trzy, a może cztery opcje i pewnie któraś zostanie...Julita - Liliana - Paula - Wiktoria. Mi chyba najbardziej na dzień dzisiejszy podoba się Julitka i Lilka, a mojemu mężowi Paula...tylko jakie tu zdrobnienie znaleźć??
A Wam, które imię z tych czterech się podoba, a może żadne - zapraszam do dzielenia się spostrzeżeniami :-)

No i będzie córka!!!

23 lutego 2011 roku o godzinie 8.45 okazało się, że mała fasolka jednak jest płci żeńskiej.
Cieszę się, bo jak każda kobieta będę mogła jej kupować spineczki, opaski i gumeczki do włosów, no a przede wszystkim piękne sukieneczki, których w sklepach nie brakuje...
Poza tym mała jest zdrowa, prawidłowo się rozwija i jest wszystko na 6. To cieszy, bo jednak zawsze gdzieś tam w sercu jest ten lęk, czy wszystko jest w porządku. Poza tym przychodząc do lekarza wokoło widzę mamy z dużymi brzuchami, a mój w ogóle się nie powiększa...więc zawsze zaczynam się zastanawiać, czy maleństwo rozwija się tak jak powinno.
Myślę, że przyjdzie czas i na to, że mój brzusio się powiększy :-). Teraz pozostaje kwestia wyboru imienia...a to chyba będzie najtrudniejsze.



Aktywność fizyczna ciężarówek ;-)

22 lutego 2011.

No i mamy prawdziwą zimę, taką ze śniegiem i dużym mrozem...brr. Szaruga za oknem nie zachęca do wystawiania nosa za drzwi i uprawiania sportów na świeżym powietrzu, ale z drugiej strony siedzenie w domu sprzyja zgnuśnieniu i utracie formy. Więc jeżeli kobieta w ciąży czuje się dobrze i nie ma żadnych przeciwwskazań lekarskich powinna ćwiczyć. 20 minut gimnastyki codziennie w połączeniu z basenem, czy jogą to świetna sprawa na przygotowanie się do porodu. Ja ostatnio mam bardzo niskie ciśnienie, tak niskie, że nie mam sił nawet głowy podnieść z poduszki...i wczoraj o 21 postanowiłam, że pójdę popływać. Ostatnio miałam potworne problemy skórne i dlatego dwa tygodnie pod rząd nie byłam na basenie. Ale wczorajszy ruch dobrze mi zrobił i dziś czuję się znacznie lepiej.
Polecam ruch dla przyszłych mam.

Sobotni spacer w OPN.





19 lutego 2011.
Odsłaniając rano okno w sypialni, zobaczyłam, że Pani Zima postanowiła do nas jednak jeszcze wrócić. Białe płatki śniegu tańczyły sobie radośnie za oknem, nie martwiąc się zupełnie tym, że wiele osób,w tym ja, wcale nie mają ochoty już je oglądać. Lubię zimę, ale ponieważ w tym roku nie mogę jeździć na nartach, to jakoś specjalnie nie zależy mi na tym, żeby ona u nas została na dłużej. Poza tym chyba już tęsknię za takim wiosennym, ciepłym i przyjemnych słońcem. No ale chyba przyjdzie mi jeszcze troszkę poczekać.
Razem z mężem postanowiliśmy pojechać do Ojcowa i zrobić sobie dłuuugi spacer po Ojcowskim Parku Narodowym. I wiecie co... był to świetny pomysł, szczególnie dla mnie miła alternatywa oderwania się od nauki i siedzenia w domu. Przynajmniej się dotleniłam i odpoczęłam. Widoki były bajeczne, skały wapienne przysypane delikatnym puchem śnieżnym, drewniane, stare chaty, śnieg po stopami i ta CISZA...ooo to mi było bardzo potrzebne. Spacer bardzo mnie zmęczył... niestety teraz takie dłuższe wyprawy dla mnie są bardziej wyczerpujące i na przyszłość będę wiedziała, że należy brać ze sobą jakąś przekąskę.
Wróciliśmy do domu porządnie zziębnięci i głodni, ale bardzo szczęśliwi. A na obiad przygotowałam kurczaka nadziewanego fetą i suszonymi pomidorami z pieczonymi ziemniaczkami. Mniam, palce lizać - polecam to danie, jest proste w przygotowaniu, nie wymaga wielu składników, a niebo w gębie...naprawdę.

Oto przepis - (źródło Blog Ma Cuisine)


Składniki dla 2 osób:
  • 1/3 szklanki soku z cytryny
  • 1/3 szklanki oliwy z oliwek
  • 2 piersi z kurczaka
  • 1 1/2 łyżeczki oregano
  • 1 łyżeczka tymianku
  • 1 łyżeczka bazylii
  • 1/2 łyżeczki majeranku
  • 1/2 łyżeczki czosnku
  • 1/2 opakowania sera feta
  • 6 - 8 suszonych pomidorów w oleju
  • 1 łyżka oleju ze słoiczka z suszonymi pomidorami
  • 4 -6 listków świeżej bazylii
  • 4 - 6 pasków czerwonej papryki konserwowej

Sposób przygotowania:
Do miseczki dodajemy oliwę, sok z cytryny, oregano, tymianek, bazylię, majeranek, czosnek. Pierś z kurczaka myjemy, oczyszczamy i delikatnie rozbijamy przy pomocy ręki na grubość około 1 cm., a następnie marynujemy w zalewie przez około 30 minut.

W międzyczasie przygotowujemy farsz do nadziania kurczaka. Do małej miseczki dodajemy fetę pokrojoną w kostkę, posiekane listki świeżej bazylii, pokrojone suszone pomidory i olej z suszonych pomidorów. Całość dokładnie ze sobą mieszamy.

Włączamy piekarnik na 190 stopni.

Piersi z kurczaka wyjmujemy z zalewy. Nakładamy przygotowane nadzienie na środek piersi i zawijamy (do przytrzymania używamy wykałaczek). Przekładamy kurczaka do żaroodpornego naczynia. Na wierzch kładziemy 2 -3 paski czerwonej papryki konserwowej.




Kolejny słoneczny dzień, a siarczysty mróz trzyma

15 lutego 2011.
U mnie dzisiaj za oknem piękne słoneczko i -10 stopniowy mróź...brr Postanowiłam dzisiaj, że z samego ranka jak tylko zasiądę do komputera zanim zacznę czytać to wstrętne prawo, napiszę coś na blogu.
Moje samopoczucie dalekie jest od dobrego, ale jestem jakby odrobinę spokojniejsza, a to za sprawę wczorajszej wizyty u lekarza. Kolejka do Pani Doktor była długa i nerwowa...jakieś ciężarne, jedna chyba właśnie poroniła, kobiety na jakieś badania, zabiegi...każda na swój sposób zdenerwowana. A ja siedziałam skulona w kącie i czekałam na swoją kolej - oczywiście też jakaś niespokojna.
Po około 2 h zostałam poproszona do gabinetu, poszło dość szybko i sprawnie. Okazało się, że schudłam i Pani Doktor zaleciła mi jedzenie 5; 6 razy dziennie w małych ilościach, ale jak tutaj jeść jak jestem ciągle taka zestresowana...dzisiaj rano po zjedzeniu śniadania o mało, a wszystko bym zwymiotowała w łazience...:-(. Dostałam L4 i mam dużo odpoczywać. Ostatnio rzeczywiście nie mogę spać w nocy, budzę się niewypoczęta, cały dzień pobolewa mnie brzuch...a niby w II trymestrze miało być tak super. Cóż każda ciąża jest inna, tak jak każda kobieta jest inna.
A na zakończenie wizyty Pani Doktor mi powiedziała, że jej się widzi, że będzie chłopczyk...ale ja wolę zaczekać do następnej środy i wtedy mam nadzieję, że się już czegoś konkretnego dowiem.
Cieszę się, że póki co maleństwo rozwija się prawidłowo, choć zapomniałam poprosić, żeby Pani Doktor zmierzyła jego długość... :-), no ale.

Nowy dzień, nowy tydzień

14 lutego 2011.
Obudziłam się z potwornym bólem głowy i chyba z jeszcze większym przygnębieniem i smutkiem...
Odsłoniłam okno i zobaczyłam za oknem piękne słońce na błękitnym niebie..."to dobrze, że świeci dziś słońce" - pomyślałam, bo gdyby jeszcze do mojego bólu i chandry padał deszcz, chyba bym się załamała.
Dzisiaj popołudniu mam wizytę u Pani Doktor - i jak zwykle się denerwuję. Szczerze mówiąc martwię się, czy wszystko z dzieckiem w porządku. Ostatnio w nocy nie mogę spać, denerwuję się i jakoś tak jest mi smutno i jest mi źle. Do tego jutro mój ojciec ma operację na zaćmę i to mnie chyba dodatkowo stresuje, że nie mogę tam z nim pojechać i być z nim...A żeby stresów było mało -wisi nade mną widmo egzaminu, a nauka prawa nie należy do najłatwiejszych.

Brak energii do życia

10 luty 2011.

Niby słońce dziś świeci za oknem, niby nie muszę iść do pracy, niby czuję się dobrze, niby wszystko jest w porządku, ale...chyba jednak nie do końca. Od wczoraj zaczynam łapać jakąś depresję...:-( jest mi smutno, jest mi źle, nie mam na nic sił, nic nie sprawia mi radości, a do tego te stosy papieru, które leżą dokładnie wszędzie obok mnie na łóżku, stoliku i półkach - sieją we mnie strach...czytam te akty prawne, niewiele z tego bełkotu rozumiem, a później gdy otwieram testy, żeby je rozwiązywać, okazuje się, że pytania są o takie szczegóły, że znów muszę wracać i wertować stosy kartek w poszukiwaniu prawidłowej odpowiedzi. Koszmar!!!
A żeby było mało tego wszystkiego - to zaczynam powoli wątpić w to, czy będę dobrą mamą dla naszego dziecka. Wszyscy dookoła, którzy moją lub będą mieć bobasa, tak strasznie się emocjonują tym faktem, że aż mi słabo. Ja nie wiem, chyba coś ze mną jest nie tak...ja wcale nie skaczę z radości pod sufit, nie biegam po sklepach za ciuchami dla dziecka, nie stawiam swojego brzucha na piedestale, nie szaleję jak inne mamuśki...a wręcz staram się o tym nie myśleć, ogarnia mnie przygnębienie, strach o to, jak to wszystko będzie, czy wytrzymam ból, czy będę gruba jak waleń...Chyba zaraz oszaleję!!!

Zupa groszkowa


Jakiś czas temu, a może powinnam napisać dawno, dawno temu odkryliśmy z moim mężem bardzo fajną restaurację na Kazimierzu o wdzięcznej i swojskiej nazwie "Groszek z marchewką". Na pierwszy rzut oka restauracja nie zachęca zbytnio do zajrzenia do jej wnętrza, ale jako że my lubimy różne dziwne miejsca wstąpiliśmy i okazało się, że był to strzał w 10. Wnętrze jest skromne, ale bardzo przytulne, a jedzenie prawdziwa pychota. Dania są bardzo domowe i przegotowywane na bieżąco, a do tego nie jest drogo. Można naprawdę dobrze zjeść w miłym otoczeniu. I to właśnie w tej restauracji po raz pierwszy jadłam zupę krem marchewkowo - groszkowy z grzankami. Zupa jest przepyszna - gorąco polecam,a do tego racuchy z jabłkami. Mniam, mniam, mniam...
A na deser ulubione ciasto mojego Artura czyli ciasto marchewkowe. Spokojnie...inne dania, tzn. nie z marchewki też mają :-).
Dzisiaj zakuwając do egzaminu wpadłam na pomysł ugotowania zupy groszkowej. Przepis okazał się bardzo prosty, a zupa bardzo smaczna. POLECAM!!!
Oto przepis.

LITR BULIONU WARZYWNEGO

500 g GROSZKU MROŻONEGO LUB ŚWIEŻEGO

2 ZĄBKI CZOSNKU

1 CEBULA

3 ZIEMNIAKI

GRZANKI

Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę wrzucić do wywaru i gotować do miękkości. Dodać groszek i gotować całość 15 minut.W międzyczasie zeszklić cebulę na maśle, pod koniec dodać zmiażdżony czosnek. Na koniec całość (wywar z groszkiem i ziemniakami oraz cebulkę z czosnkiem) zmiksować i wymieszać.

Podawać z grzankami - można dodać również śmietanę ale to nie jest konieczne.


SMACZNEGO!!!