150 dni do wielkiego dnia!!!

25 lutego 2011.

Od dziś do wielkiego dnia narodzin naszej córeczki wg. reguły Naegelego zostało już tylko +/-150 dni. W sumie sama nie wiem, czy to dużo czy mało...w każdym razie już niedługo będzie półmetek ciąży :-). Cały czas intensywnie zastanawiamy się nad imieniem i jak na złość żadne imię żeńskie jakoś nam nie pasuje...ale jesteśmy wybredni...Mamy trzy, a może cztery opcje i pewnie któraś zostanie...Julita - Liliana - Paula - Wiktoria. Mi chyba najbardziej na dzień dzisiejszy podoba się Julitka i Lilka, a mojemu mężowi Paula...tylko jakie tu zdrobnienie znaleźć??
A Wam, które imię z tych czterech się podoba, a może żadne - zapraszam do dzielenia się spostrzeżeniami :-)

No i będzie córka!!!

23 lutego 2011 roku o godzinie 8.45 okazało się, że mała fasolka jednak jest płci żeńskiej.
Cieszę się, bo jak każda kobieta będę mogła jej kupować spineczki, opaski i gumeczki do włosów, no a przede wszystkim piękne sukieneczki, których w sklepach nie brakuje...
Poza tym mała jest zdrowa, prawidłowo się rozwija i jest wszystko na 6. To cieszy, bo jednak zawsze gdzieś tam w sercu jest ten lęk, czy wszystko jest w porządku. Poza tym przychodząc do lekarza wokoło widzę mamy z dużymi brzuchami, a mój w ogóle się nie powiększa...więc zawsze zaczynam się zastanawiać, czy maleństwo rozwija się tak jak powinno.
Myślę, że przyjdzie czas i na to, że mój brzusio się powiększy :-). Teraz pozostaje kwestia wyboru imienia...a to chyba będzie najtrudniejsze.



Aktywność fizyczna ciężarówek ;-)

22 lutego 2011.

No i mamy prawdziwą zimę, taką ze śniegiem i dużym mrozem...brr. Szaruga za oknem nie zachęca do wystawiania nosa za drzwi i uprawiania sportów na świeżym powietrzu, ale z drugiej strony siedzenie w domu sprzyja zgnuśnieniu i utracie formy. Więc jeżeli kobieta w ciąży czuje się dobrze i nie ma żadnych przeciwwskazań lekarskich powinna ćwiczyć. 20 minut gimnastyki codziennie w połączeniu z basenem, czy jogą to świetna sprawa na przygotowanie się do porodu. Ja ostatnio mam bardzo niskie ciśnienie, tak niskie, że nie mam sił nawet głowy podnieść z poduszki...i wczoraj o 21 postanowiłam, że pójdę popływać. Ostatnio miałam potworne problemy skórne i dlatego dwa tygodnie pod rząd nie byłam na basenie. Ale wczorajszy ruch dobrze mi zrobił i dziś czuję się znacznie lepiej.
Polecam ruch dla przyszłych mam.

Sobotni spacer w OPN.





19 lutego 2011.
Odsłaniając rano okno w sypialni, zobaczyłam, że Pani Zima postanowiła do nas jednak jeszcze wrócić. Białe płatki śniegu tańczyły sobie radośnie za oknem, nie martwiąc się zupełnie tym, że wiele osób,w tym ja, wcale nie mają ochoty już je oglądać. Lubię zimę, ale ponieważ w tym roku nie mogę jeździć na nartach, to jakoś specjalnie nie zależy mi na tym, żeby ona u nas została na dłużej. Poza tym chyba już tęsknię za takim wiosennym, ciepłym i przyjemnych słońcem. No ale chyba przyjdzie mi jeszcze troszkę poczekać.
Razem z mężem postanowiliśmy pojechać do Ojcowa i zrobić sobie dłuuugi spacer po Ojcowskim Parku Narodowym. I wiecie co... był to świetny pomysł, szczególnie dla mnie miła alternatywa oderwania się od nauki i siedzenia w domu. Przynajmniej się dotleniłam i odpoczęłam. Widoki były bajeczne, skały wapienne przysypane delikatnym puchem śnieżnym, drewniane, stare chaty, śnieg po stopami i ta CISZA...ooo to mi było bardzo potrzebne. Spacer bardzo mnie zmęczył... niestety teraz takie dłuższe wyprawy dla mnie są bardziej wyczerpujące i na przyszłość będę wiedziała, że należy brać ze sobą jakąś przekąskę.
Wróciliśmy do domu porządnie zziębnięci i głodni, ale bardzo szczęśliwi. A na obiad przygotowałam kurczaka nadziewanego fetą i suszonymi pomidorami z pieczonymi ziemniaczkami. Mniam, palce lizać - polecam to danie, jest proste w przygotowaniu, nie wymaga wielu składników, a niebo w gębie...naprawdę.

Oto przepis - (źródło Blog Ma Cuisine)


Składniki dla 2 osób:
  • 1/3 szklanki soku z cytryny
  • 1/3 szklanki oliwy z oliwek
  • 2 piersi z kurczaka
  • 1 1/2 łyżeczki oregano
  • 1 łyżeczka tymianku
  • 1 łyżeczka bazylii
  • 1/2 łyżeczki majeranku
  • 1/2 łyżeczki czosnku
  • 1/2 opakowania sera feta
  • 6 - 8 suszonych pomidorów w oleju
  • 1 łyżka oleju ze słoiczka z suszonymi pomidorami
  • 4 -6 listków świeżej bazylii
  • 4 - 6 pasków czerwonej papryki konserwowej

Sposób przygotowania:
Do miseczki dodajemy oliwę, sok z cytryny, oregano, tymianek, bazylię, majeranek, czosnek. Pierś z kurczaka myjemy, oczyszczamy i delikatnie rozbijamy przy pomocy ręki na grubość około 1 cm., a następnie marynujemy w zalewie przez około 30 minut.

W międzyczasie przygotowujemy farsz do nadziania kurczaka. Do małej miseczki dodajemy fetę pokrojoną w kostkę, posiekane listki świeżej bazylii, pokrojone suszone pomidory i olej z suszonych pomidorów. Całość dokładnie ze sobą mieszamy.

Włączamy piekarnik na 190 stopni.

Piersi z kurczaka wyjmujemy z zalewy. Nakładamy przygotowane nadzienie na środek piersi i zawijamy (do przytrzymania używamy wykałaczek). Przekładamy kurczaka do żaroodpornego naczynia. Na wierzch kładziemy 2 -3 paski czerwonej papryki konserwowej.




Kolejny słoneczny dzień, a siarczysty mróz trzyma

15 lutego 2011.
U mnie dzisiaj za oknem piękne słoneczko i -10 stopniowy mróź...brr Postanowiłam dzisiaj, że z samego ranka jak tylko zasiądę do komputera zanim zacznę czytać to wstrętne prawo, napiszę coś na blogu.
Moje samopoczucie dalekie jest od dobrego, ale jestem jakby odrobinę spokojniejsza, a to za sprawę wczorajszej wizyty u lekarza. Kolejka do Pani Doktor była długa i nerwowa...jakieś ciężarne, jedna chyba właśnie poroniła, kobiety na jakieś badania, zabiegi...każda na swój sposób zdenerwowana. A ja siedziałam skulona w kącie i czekałam na swoją kolej - oczywiście też jakaś niespokojna.
Po około 2 h zostałam poproszona do gabinetu, poszło dość szybko i sprawnie. Okazało się, że schudłam i Pani Doktor zaleciła mi jedzenie 5; 6 razy dziennie w małych ilościach, ale jak tutaj jeść jak jestem ciągle taka zestresowana...dzisiaj rano po zjedzeniu śniadania o mało, a wszystko bym zwymiotowała w łazience...:-(. Dostałam L4 i mam dużo odpoczywać. Ostatnio rzeczywiście nie mogę spać w nocy, budzę się niewypoczęta, cały dzień pobolewa mnie brzuch...a niby w II trymestrze miało być tak super. Cóż każda ciąża jest inna, tak jak każda kobieta jest inna.
A na zakończenie wizyty Pani Doktor mi powiedziała, że jej się widzi, że będzie chłopczyk...ale ja wolę zaczekać do następnej środy i wtedy mam nadzieję, że się już czegoś konkretnego dowiem.
Cieszę się, że póki co maleństwo rozwija się prawidłowo, choć zapomniałam poprosić, żeby Pani Doktor zmierzyła jego długość... :-), no ale.

Nowy dzień, nowy tydzień

14 lutego 2011.
Obudziłam się z potwornym bólem głowy i chyba z jeszcze większym przygnębieniem i smutkiem...
Odsłoniłam okno i zobaczyłam za oknem piękne słońce na błękitnym niebie..."to dobrze, że świeci dziś słońce" - pomyślałam, bo gdyby jeszcze do mojego bólu i chandry padał deszcz, chyba bym się załamała.
Dzisiaj popołudniu mam wizytę u Pani Doktor - i jak zwykle się denerwuję. Szczerze mówiąc martwię się, czy wszystko z dzieckiem w porządku. Ostatnio w nocy nie mogę spać, denerwuję się i jakoś tak jest mi smutno i jest mi źle. Do tego jutro mój ojciec ma operację na zaćmę i to mnie chyba dodatkowo stresuje, że nie mogę tam z nim pojechać i być z nim...A żeby stresów było mało -wisi nade mną widmo egzaminu, a nauka prawa nie należy do najłatwiejszych.

Brak energii do życia

10 luty 2011.

Niby słońce dziś świeci za oknem, niby nie muszę iść do pracy, niby czuję się dobrze, niby wszystko jest w porządku, ale...chyba jednak nie do końca. Od wczoraj zaczynam łapać jakąś depresję...:-( jest mi smutno, jest mi źle, nie mam na nic sił, nic nie sprawia mi radości, a do tego te stosy papieru, które leżą dokładnie wszędzie obok mnie na łóżku, stoliku i półkach - sieją we mnie strach...czytam te akty prawne, niewiele z tego bełkotu rozumiem, a później gdy otwieram testy, żeby je rozwiązywać, okazuje się, że pytania są o takie szczegóły, że znów muszę wracać i wertować stosy kartek w poszukiwaniu prawidłowej odpowiedzi. Koszmar!!!
A żeby było mało tego wszystkiego - to zaczynam powoli wątpić w to, czy będę dobrą mamą dla naszego dziecka. Wszyscy dookoła, którzy moją lub będą mieć bobasa, tak strasznie się emocjonują tym faktem, że aż mi słabo. Ja nie wiem, chyba coś ze mną jest nie tak...ja wcale nie skaczę z radości pod sufit, nie biegam po sklepach za ciuchami dla dziecka, nie stawiam swojego brzucha na piedestale, nie szaleję jak inne mamuśki...a wręcz staram się o tym nie myśleć, ogarnia mnie przygnębienie, strach o to, jak to wszystko będzie, czy wytrzymam ból, czy będę gruba jak waleń...Chyba zaraz oszaleję!!!

Zupa groszkowa


Jakiś czas temu, a może powinnam napisać dawno, dawno temu odkryliśmy z moim mężem bardzo fajną restaurację na Kazimierzu o wdzięcznej i swojskiej nazwie "Groszek z marchewką". Na pierwszy rzut oka restauracja nie zachęca zbytnio do zajrzenia do jej wnętrza, ale jako że my lubimy różne dziwne miejsca wstąpiliśmy i okazało się, że był to strzał w 10. Wnętrze jest skromne, ale bardzo przytulne, a jedzenie prawdziwa pychota. Dania są bardzo domowe i przegotowywane na bieżąco, a do tego nie jest drogo. Można naprawdę dobrze zjeść w miłym otoczeniu. I to właśnie w tej restauracji po raz pierwszy jadłam zupę krem marchewkowo - groszkowy z grzankami. Zupa jest przepyszna - gorąco polecam,a do tego racuchy z jabłkami. Mniam, mniam, mniam...
A na deser ulubione ciasto mojego Artura czyli ciasto marchewkowe. Spokojnie...inne dania, tzn. nie z marchewki też mają :-).
Dzisiaj zakuwając do egzaminu wpadłam na pomysł ugotowania zupy groszkowej. Przepis okazał się bardzo prosty, a zupa bardzo smaczna. POLECAM!!!
Oto przepis.

LITR BULIONU WARZYWNEGO

500 g GROSZKU MROŻONEGO LUB ŚWIEŻEGO

2 ZĄBKI CZOSNKU

1 CEBULA

3 ZIEMNIAKI

GRZANKI

Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę wrzucić do wywaru i gotować do miękkości. Dodać groszek i gotować całość 15 minut.W międzyczasie zeszklić cebulę na maśle, pod koniec dodać zmiażdżony czosnek. Na koniec całość (wywar z groszkiem i ziemniakami oraz cebulkę z czosnkiem) zmiksować i wymieszać.

Podawać z grzankami - można dodać również śmietanę ale to nie jest konieczne.


SMACZNEGO!!!



Słodkie lenistwo czy ciężka praca...hmm

8 lutego 2011.

Od wczoraj jestem w domu na zwolnieniu lekarskim i zastanawiam się nad tym, co jest lepsze - chodzenie do pracy i spędzanie 8 h za biurkiem, czy siedzenie w domu i zakuwanie prawa...hmm
Zacznę od tego, że w piątek wysłałam wniosek i odpowiednie papiery do Ministerstwa Środowiska w sprawie dopuszczenia mnie do egzaminu stwierdzającego moje kwalifikacje jako geologa czyli tzw. uprawnienia kategorii VII. Na temat kategorii i stwierdzania kwalifikacji nie będę się tutaj rozpisywała, ponieważ musiałabym przepisać tutaj stosowne ustawy, a wierzcie mi jest to straaasznie nudne. W każdym razie postanowiłam podejść do tego egzaminu wczesną wiosną, póki jeszcze mam siłę uczyć się i podróżować. Oczywiście egzamin ten nie jest kwestią odwiedzenia Ministerstwa - tylko trzeba zdać naprawdę ciężki test i przejść komisję ustną podczas której egzaminujący może zapytać mnie tak naprawdę o wszystko. Samych ustaw prawnych i norm, które trzeba znać będzie około 2,5 tyś stron. Horror. Materiału jest bardzo dużo, a czasu bardzo mało. Ale trzeba spróbować, a jak się nie uda to następny za pół roku...;-)
Od wczoraj za oknem występuje gościnnie słoneczko - więc i moje samopoczucie jakby odrobinę się poprawiło. Ale już tęsknię za wiosną, latem...choć z drugiej strony bycie ciężarną kulką podczas upałów to ponoć nie taka przyjemna sprawa.
Moja fasolka - choć to chyba już nie taka fasolka tylko mały człowieczek ;-) rozpoczęła wczoraj 17 tydzień swojego fasolkowego życia. Chyba już lada moment powinnam poczuć ruchy dzidziusia...już nie mogę się doczekać, choć od wczoraj mam potworne bóle brzucha i trochę się martwię. Tatuś mówi, że za dużo się forsuję, a jak tutaj się nie forsować, kiedy tyle spraw na głowie. Nauka, dom, praca, tata...ach
Byle do wiosny...:-)

5 lutego 2011.
Ten weekend wyjątkowo obfituje dla mnie w spotkania towarzyskie i aż sama się dziwię, że znajduję w sobie tyle siły i energii. Ale wyszłam z założenia, że jak jest okazja spotkania się ze znajomymi z czasów lat dziecinnych i studenckich - to trzeba ją wykorzystać. W końcu może nie prędko będzie nam dane znowu spotkać się w tym samym gronie. A przy okazji takiego spotkania można powspominać stare dobre czasy, a przy tym uśmiać się do łez. Każdy z nas ma już swoje prywatne życie, każdy z nas idzie własną ścieżką, ale mimo to nasze drogi czasem gdzieś tam na krótką chwilkę się krzyżują. I wtedy... odżywają wspomnienia i chciałoby się powrócić do tamtych chwil.
Mam nadzieję, że urodzenie dziecka nie spowoduje, że zostanę zaszufladkowana do półeczki "ona siedzi z dzieckiem i nigdzie nie wychodzi". Postanowiłam, że będę nowoczesną mamą i nie będę siedziała w domu 24 h na dobę 7 dni w tygodniu. Chcę prowadzić normalne życie towarzyskie, spotkać się z znajomymi, wychodzić na basen, jogę, czy do restauracji na obiad. W końcu dziecko nie ma być przysłowiową "kulą u nogi".
Z drugiej strony, czytając blogi innych mam, zaczynam się bać, co to będzie. Skoro urodzenie dziecka to ponoć "pikuś" w porównaniu z tym, co jest po porodzie. Nastawiam się na jakiś masakryczny ból piersi i brzucha podczas karmienia, nocne czuwania, kolki, krzyki itd, itp...
A może to tylko jakieś skrajne emocje - nie radzących sobie mamusiek? Znam jedną taką, co sama wymaga opieki 24 h na dobę, a nie mówiąc już o jej dzieciach.