Imię dla bobasa to nie taka znowu sprawa błaha

31 stycznia 2011. Moja mała fasolka rozpoczyna właśnie dziś 16 tydzień życia... i wiecie co, chyba już chciałabym być pewna czy to będzie chłopczyk, czy dziewczynka. Pierwsze USG w 3D pokazało, że niby ma być dziewuszka - ale Pani Doktor kazała się jeszcze nie nastawiać, więc się nie nastawiam.
Ale z drugiej strony...trzeba zacząć powoli myśleć nad imieniem dla dzidziusia, bo nie chcę żeby później na szybko po porodzie wymyślać imiona. Od zawsze chciałam mieć Amelkę - ale imię to w ostatnich latach stało się tak bardzo popularne, że zrezygnowałam, poza tym mój mąż mówi, że tak można kozie dać na imię, a nie dziecku. Mój kochany to w ogóle wymyśla imiona całkiem z kosmosu i czasem mnie tym bardzo denerwuje. Przeglądając różne blogi innych mam, artykuły w gazetach, internet zauważyłam, że wśród dziewczynek królują: Julia, Maja, Lena, Wiktoria, Madzia, Amelia, Gabrysia, Zuzia, Zośka, Oliwia,Jagódka, zaś popularne imiona męskie to: Kubuś, Jasiek, Antoś, Michaś, Mikołaj, Marcel, Igor itd.
Wolałabym uniknąć takiej sytuacji, że w klasie będzie pięć Majek, czy Amelek - bo dla dziecka nie musi to być wcale komfortowe. Ale wybór imienia to wcale nie taka prosta i błaha sprawa. Niestety.
Myślę, że poczekam jeszcze do 23 lutego, bo wtedy mam 2 USG w 3 D i wtedy mam nadzieję, że dowiem się już na 100% jaka będzie płeć bobasa.
Poza tym czekam już z utęsknieniem na wiosnę - bo póki co siarczysty dziadek mróz i szaruga za oknem nie nastawia mnie zbyt optymistycznie do życia.


29 stycznia 2010

Tydzień szybko minął i nadszedł dłuuugo wyczekiwany weekend. Ale ani się człowiek nie obejrzał i już prawie połowa tego "słodkiego nic nie robienia" za nami...ale cóż, tak to już bywa. Na horyzoncie znów pojawiło się widmo poniedziałku...grr[...] no ale póki co cieszmy się tym, że jeszcze przed nami sobotni wieczór, noc i dłuuuga niedziela :-)
Zastanawiam się o czym, by tutaj dzisiaj napisać... Głowa pełna pomysłów, ale jakoś tak trudno mi ostatnio wszystko ubrać w słowa i wiecie co, najgorsze jest to, że zaczynam zapominać podstawowych wyrażeń ?! Mój kochany mówi, że powinnam zacząć czytać więcej książek i pewnie ma rację. Ten pierwszy trymestr tak mnie jakoś totalnie pozbawił sił i ochoty do czegokolwiek, że teraz nie potrafię się obudzić z tego letargu. Najchętniej cały czas bym spała...czego dowodem jest fakt, że dzisiaj zwlekliśmy się z łóżka o 13...
Ale żeby nikt z Was nie pomyślał, że totalnie się już rozleniwiłam pragnę poinformować, że będąc dzisiaj wieczorem na zakupach, wstąpiłam do Empiku i zamówiłam pewną ciekawą pozycję książkową pt""Umysł mamy. Jak macierzyństwo rozwija naszą inteligencję".
Książkę będzie wprawdzie dostępna dopiero 3 lutego, ale ja już się cieszę. Podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami i uwagami jak tylko ją przeczytam. Mam nadzieję, że czegoś interesującego się dowiem :-)
Zaczęłam się dzisiaj zastanawiać nad tym, jaki wózek, łóżeczko i inne akcesoria chcę zakupić dla naszej dzidzi i ...zaczęłam w tej intencji przeglądać internet i ...wiecie co ? można zwariować, ogłupieć, oszaleć itd, itp...
To jest jakaś kopalnia przez którą tylko nielicznym się udaje przebrnąć...Już jakiś czas temu mój mąż znalazł super wózek o wdzięcznej nazwie Babyzen słynnej firmy Recaro produkującej fotele do samochodów rajdowych, a że mojego męża ta dziedzina interesuje - no to samo przez się, się rozumie. Wózek jest totalnym bajerem: lekka aluminiowa konstrukcji, praktyczna funkcja składania do niewielkich rozmiarów, automatycznie blokowanie przedniego koła, przednie światła itd itp. zresztą co ja tutaj będę pisać, zobaczcie sami: http://www.babyzen.com/
Jest tylko jeden problem - wózka tego póki co nie można zobaczyć w żadnym sklepie w Krakowie. Znalazłam tylko Lublin, Gdynię i Warszawę...no i sklepy internetowe. A ja chciałabym go móc dotknąć, zobaczyć - bo w sumie nie wiem, czy mi się w rzeczywistości spodoba. Pan w 4Kids powiedział mi, że jak się zdecyduję to mogą mi go sprowadzić, tylko że tak samo mogę go sobie zamówić przez internet i będzie taniej. Jeżeli już mam zapłacić taką sporą kwotę - bo kosztuje nie mało - to wolałabym dokonać jednak świadomego zakupu.
W sumie wózków i tych firm je produkujących jest od groma i trzeba naprawdę anielskiej cierpliwości, żeby przez to wszystko przebrnąć. Absolutnym hitem dzisiejszego dnia był wózek firmy Kensington Silver Cross, popatrzcie sami:http://dino.sklep.pl/nowy/wozek-kensington-silver-cross-kolor-white-navy-dostawa-gratis-p-2416.html?zenid=f42bca635f6ea45dda71fffd3090d4d7
Ostatnio sporo też zaczęłam czytać na blogach innych mam o chustach do noszenia dzieci i wiecie co, uważam, że to jest całkiem fajny wynalazek - po warunkiem, że dziecko nie waży zbyt wiele, ale w każdym razie ponoć zalet jest bardzo dużo. Ech...czuję, że jeszcze dużo przede mną. To co było dla mnie dotychczas bardzo oczywiste, teraz takie oczywiste się nie wydaje. Odpuściłam sobie póki co łóżeczka...;-), ale prędzej czy później z tym też będę się musiała uporać.
Na zakończenie dnia zjedliśmy fondue i teraz sobie odpoczywam ze śpiącą kociczkę w moich nogach.

24 stycznia 2010

15 tydzień ciąży. Brzucha nadal nie widać i w sumie to nie wiem, czy powinnam się martwić, czy cieszyć. Bo z jednej strony zamartwiam się, czy dzidziuś w ogóle żyje i prawidłowo się rozwija, skoro mój brzuszek się w ogóle nie zaokrągla, a z drugiej strony, może powinnam się cieszyć, że będę miała mniej do pozbycia się po porodzie...ech - wszystko to takie trudne i skomplikowane, całe to nasze życie. Każdego dnia musimy podejmować jakieś decyzje dotyczące reszty naszego życia i raz są to decyzje szybkie i błahe, a innym razem trudne, zagmatwane i skomplikowane. Moje samopoczucie jakby się odrobinkę poprawiło, mam chyba więcej sił niż przed kilkoma tygodniami, ale nie mogę powiedzieć, że tyle co przed ciąża, oj nie...Poza tym niestety ciągle odwiedzam bardzo często toaletę, bo parcie na pęcherz mam czasem okropne. Pojawiła się za to nowa dolegliwość - mianowicie uczucie pełności żołądka. Mimo, że jem dosyć mało, to ucisk na żołądek bardzo mnie męczy...brr
Jakoś ten dzisiejszy dzień jest dla mnie wyjątkowo ciężki. Dużo myślę i analizuję to, co się dzieje wokoło i dochodzę do tego, że świat (ludzie) jest okrutny. Każdy myśli tylko o sobie...nie ma drugiego człowieka, czegoś bezinteresownego...jak coś idzie nie po mojej myśli i coś stanie się źle to oczywiście każdy zaczyna szybko kalkulować i analizować, co będzie bardziej opłacalna dla niego...brrr brzydzę się tym.



18 stycznia 2011

Jesteśmy z dzidziusiem w połowie 14 tygodnia, ale coś czuję, że ten II trymestr też da mi w kość... Sił jakby odrobię przybyło, ale za to miewam straszliwie bóle głowy, które nie dają mi w ogóle normalnie funkcjonować. Dawniej na taki ból łykałam jakiś Ibuprom Max i po sprawie, a teraz...ból jest nie do zniesienia, mam ciemno przed oczyma i do tego ciągle mnie naciąga na wymioty. Dzisiaj musiałam zwolnić się wcześniej z pracy, bo nie było sensu, żebym siedziała przed monitorem, bo i tak nic nie zrobię, a do tego bardzo się nacierpiałam. Zastanawiam się dlaczego ja mam takie silne bóle głowy, skąd to się bierze? A wizyta u Pani Doktor za niecały miesiąc...
Poza tym czuję, że praca też nie do końca mi służy, jednak zawsze jest jakiś stres i nerwy, a mnie pod koniec dnia zaczyna poważnie pobolewać brzuch. Może rzeczywiście powinnam pójść na L4 i więcej odpoczywać? Sama już nie wiem, co mam robić. W końcu teraz jestem odpowiedzialna za dwie osoby :-)
A poza tym u mnie po staremu, brzuszka jeszcze prawie w ogóle nie widać, jedynie jak coś więcej zjem to wtedy mi rośnie, ale to chyba raczej z powodu tego, że jelita są ściśnięte i wtedy uwypuklają się na zewnątrz. Na ruchy dzidzi to jeszcze za wcześnie - więc tak sobie pomalutku egzystuję i odliczam dni do lipca.

13 stycznia 2011

Ależ ten czas ucieka nieubłaganie - jeszcze dwa dni i połowa stycznia za nami. Choć z drugiej strony może to i lepiej dla mnie? Moje ogólne osłabienie i złe samopoczucie (a i pogoda) tak dają mi w kość, że czasami wydaje mi się, że te 9 miesięcy to cała wieczność i że nie wytrzymam...a zostało jeszcze ponad 6,5 miesiąca. Wczorajszy ból głowy, od którego wymiotowałam tak uprzykrzył mi życie, że dzisiaj choć nawet nie mam na nic sił, to cieszę się, że tak dobrze się czuję. Hehe..."dobrze", teraz to w sumie nie pamiętam, kiedy było tak naprawdę dobrze, że miałam siłę ochoczo pracować 8 h w pracy, później coś robić w domu, a wieczorem biegłam na zajęcia dodatkowe języki, jogę, czy basen.
Pani Doktor mnie pociesza, że kobiecie samopoczucie się tak na prawdę poprawia w momencie, kiedy poczuje pierwsze ruchy dzidziusia. No czyli tak około +/- 20 t.c. Czyli zostało mi jeszcze +/-7 tygodni. Aaaaaa....ale pierwsze 13 tygodni jakoś dałam radę - może i dam te 7 ;-).
Cały czas się tylko zastanawiam dlaczego w książkach, poradnikach, różnego rodzaju gazetkach, no i na filmach ciąża jest przedstawiana w takich różowych barwach...hmm?
Zachodzisz w ciążę, przed Tobą cudowne 9 miesięcy, zero problemów, stresu, bólu, rodzisz dziecko i jest happy end...
Swoją drogą zastanawiam się - jak to jest u kotek. Moja nigdy nie rodziła i chyba nie będzie nigdy rodzić, bo ją pozbawiałam tej możliwości, ale ciekawe, czy zwierzęta też odczuwają jakieś niegodności związane z ciążą i to nie pojedynczą...
Dzisiejszy dzień również psychicznie nie jest dla mnie najlepszy, ponieważ dowiedziałam się, że jeden z moich kolegów z pracy odchodzi z dniem 31 stycznia. Zmartwiłam się, bo w końcu była to jedyna osoba, która w tej firmie miała trochę większe niż przeciętne pojęcie o geologii. A teraz co...teraz straszna d...ups :-). Ech...dziwne to wszystko.


11 stycznia 2011

Dzisiejszy dzień nie był dla mnie wyjątkowo przyjemny, a wszystko za sprawą wizyt u lekarzy. Rano musiałam zaliczyć wizytę u pani ginekolog, a tam mały szok - pobrano mi wymazy z szyjki macicy i z cewki moczowej na obecność Chlamydii trachomatis. O ile wymaz z szyjki macicy był tylko nieprzyjemny, o tyle już z cewki moczowej bardzo bolesny...myślałam, że zemdleję z bólu. A teraz mam tego konsekwencje - przy opróżniania pęcherza bardzo mnie boli...brrr. Koszmar.
Zaczynam się zastanawiać nad tym, ile z tych badań jest rzeczywiście koniecznych i potrzebnych, a ile to zwykłe naciąganie na wydawanie pieniędzy. W sumie 180 zł to nie mała kwota...a tyle kosztuje to badanie w diagnostyce molekularnej.
W sumie z wizytą u Pani Doktor koszt wyniósł "jedyne" 300 zł - po prostu szok. Chyba powoli zaczynam rozumieć dlaczego jest u nas taki mały przyrost naturalny - przecież sam okres ciąży potrafi zrujnować budżet rodzinny.
Wieczorem wizyta u Pani stomatolog, bo maleństwo już zaczyna buszować i zabiera mi całe wapno z organizmu, czego efektem są ubytki w zębach...brrr. Przeżyłam.
Teraz leżę do góry brzuszkiem i odpoczywam przed jutrzejszym maratonem - czekają mnie jeszcze badania okresowe do pracy.
Samopoczucie nawet nie najgorsze, ale do normalnego jeszcze daleko, choć Pani Doktor mnie dzisiaj pocieszyła, że siły wracają po 16; 18 tygodniu ciąży - więc chyba jeszcze miesiąc, dwa się pomęczę z moim zmęczeniem i sennością.

12 tygodni za nami 9 stycznia 2010

Dzisiaj nasza mała fasolka kończy równo 12 tygodni swojego życia...:-) teoretycznie najgorsze za nami, ale chyba tylko teoretycznie, bo nigdy tak do końca niczego nie można być pewnym.
Badanie genetyczne pod kątem przezierności karkowej wyniosło u naszej dzidzi 1,3 mm - czyli wynik jest w porządku (nie powinna przekroczyć 2,5 mm). Poza tym ogólna ocena rozwoju rączek, nóżek, serca, mózgu i organów wewnętrznych też jest pozytywna, czyli można się cieszyć, że fasolka rozwija się prawidłowo, chociaż mamie daje porządnie w kość ;-).
Oczywiście nie wytrzymałam i zapytałam Panią Doktor o płeć maluszka i okazało się, że prawdopodobnie będzie...dziewucha, ale dokładnie potwierdzimy to około 20 tygodnia ciąży, bo jeszcze może coś urosnąć ;-). W sumie chciałam, żeby pierwszy był chłopczyk, no ale dziewczynka też będzie ok...byle była tylko zdrowa, bo to teraz dla nas najważniejsze. Podczas ogólnego badania USG wykonanym około miesiąc temu nasza mała fasolka to był tylko pęcherzyk, w którym tylko coś tętniło,a teraz maluch ma już kształty milimetrowego człowieka, zupełnie jak dziecko lalki Barbie. I mierzy już prawie 55mm. W ogóle maleństwo jest bardzo ruchliwe i nie chciało z nami współpracować podczas badania. Udało się zrobić tylko jedno zdjęcie 3D - zeskanuję go i wrzucę na bloga, warto zobaczyć ten naprawdę cud życia.



Nieprzyjemne badanie krwi...7.01.1010

Okazuje się, że bycie w ciąży wiąże się z nieprzyjemnymi badaniami - takimi np. regularnie badania krwi...muszę przyznać, że ja wyjątkowo trudno to znoszę - dziś na przykład musiałam zbadać poziom TSH, morfologię i glukozę - czyli Pani pielęgniarka pobrała ode mnie 3 malutkie pojemniczki krwi, a ja jak zwykle "odleciałam". Straszne uczucie, czujesz, że Ci słabo, robi się ciemno przed oczyma, zaczynasz się pocić i ...brr.
Poza tym w gabinecie była Pani, która robiła próby glukozowe i wymiotowała w toalecie...myślałam, że sama zaraz też zwymiotuję...jakiś koszmar. Ponoć ciężarne też to czeka...już to widzę.

Niespokojny duszek

Jakiś czas temu założyłam bloga połączonego właśnie ze skrzynką pocztową na gmailu, a później najzwyczajniej w świecie o nim zapomniałam. Cóż czasem tak bywa...a być może nie zapomniałam, ale nie miałam chęci, czasu i weny twórczej, żeby z kimś o czymś, kimś się dzielić.
Teraz zaś moje życie ulega stopniowo przeobrażeniu i czuję jakąś wewnętrzną potrzebę dzielenia się z Wami moimi doświadczeniami i przeżyciami ;-)
Od dzisiaj zostało mi +/- 200 dni do tego ponoć najpiękniejszego momentu w życiu, czyli urodzin dzidziusia. Jakoś nie skaczę z tego powodu z radości, a raczej jak o tym myślę, to marzę o tym, żeby to wszystko, co się teraz dzieje było tylko snem, z którego lada moment się przebudzę. Bardzo się boję. W głowie kłębią mi się pytania i wątpliwości...jak to będzie za miesiąc, dwa, czy będę wyglądać jak waleń na plaży, czy wielka słonica, czy będę miała siłę na przetrwanie tego okresu do porodu, czy w pracy dam radę siedzieć i wykonywać setki obowiązków, jaki mam wybrać szpital do porodu, czy przetrwam ten ból, czy będzie chłopiec czy dziewczynka, jakie wybrać imię, czy będę dobrą mamą, czy sobie poradzę po...czy nie spanikuję, a co z depresją poporodową...Można oszaleć.
A mój kochany mąż śpi w nocy spokojnym snem sprawiedliwego, rano bez pośpiechu wychodzi do pracy, wraca i ciągle gra...zero nerwów, stresu. Faceci w ogóle kobiet nie rozumieją i chyba nigdy nie zrozumieją...A ja co sekundę do toalety, mdłości, naciągania, złe samopoczucie, zmęczenie...
Kiedy to się wszystko skończy?

W Nowym Roku 2011-01-03

3 stycznia 2011


To już 3 dzień roku 2011, ależ ten czas ucieka Wink...może troszkę spóźnione, ale za to bardzo szczere życzenia dla wszystkich, którzy tutaj zaglądają. Oby ten rok był dla nas wszystkich piękniejszy i radośniejszy pod każdym względem, by miłość nigdy nie ustawała, a spokój zamieszkał w naszych sercach. Obyśmy mieli czas na chwilkę refleksji, pyszną kawę w zaciszu domowego ogniska, spotkania z przyjaciółmi i obyśmy umieli dostrzec całe piękno wokół nas - choć czasem bywa ono bardzo maleńkie.


Dzisiaj ja i moja mała fasolka rozpoczęliśmy 12 tydzień ciąży, czyli teoretycznie zaczynamy zbliżać się do końca pierwszego trymestru. Wymioty i nudności męczą mnie już mniej, ale sił ciągle brak. Pierwszy dzień w pracy i 8 h za biurkiem wcale mojej energii życiowej nie poprawiły, wręcz przeciwnie, wróciłam do domu wypruta z sił, położyłam się do łóżka i spałam 1,5 h.


Dzisiaj jestem jakaś dziwnie niespokojna. Chyba za dużo czytam o tych wszystkich poronieniach, komplikacjach w czasie ciąży i porodu i zaczynam się troszkę denerwować. Poza tym w sobotę mam wykonać USG genetycznie 3D i też jakoś się tym denerwuję, czy wszystko będzie ok. Okres ciąży to chyba cały czas nieustający stres i nerwy, czy aby wszystko na pewno rozwija się tak jak powinno.


Poza tym dowiedziałam się dzisiaj, że żona mojej wielkiej miłości z lat nastoletnich też spodziewa się dziecka i to dokładnie w takim terminie jak ja. Jestem mile zaskoczona...Wink NO TO POWODZENIA


Czas refleksji i przemyśleń 2010-12-31

Dzisiejszy dzień zapowiada się interesująco - od 4 rano nie zmrużyłam oka, mam potworny ból głowy, a do tego ciągłe uczucie pełnego pęcherza (ponoć typowe dla I trymestru) i ciągłe wizyty w toalecie bardzo mnie męczą. Ból głowy jest o tyle uciążliwy, że nie można brać większości leków przeciwbólowych poza paracetamolem - który w moim przypadku dość rzadko bywa skuteczny.


Dziś Wielki Dzień - ostatni dzień roku 2010. Czas podsumowań, refleksji i nowych postanowień. Mam nadzieję, że pomimo wszystko dla większości z Was/nas był to jednak dobry rok.


1 sierpnia 2010 o godz 14 w uroczystej i podniosłej atmosferze Świątyni Wang w Karpaczu powiedzieliśmy sobie to najważniejsze "tak" w życiu z moim mężem Arturem. Potem była już tylko radość i zabawa w wyjątkowym miejscu dla wyjątkowych ludzi czyli we "Fregacie" w Zagórzu Śląskim.


Wrzesień - podróż poślubna - Czarnogóra i Chorwacja. Choć nie obyło się bez niespodzianek typu zatrucie żołądkowe i 48 h w toalecie...brr to była to jedna z ciekawszych i piękniejszych wycieczek w moim życiu.


Listopad - wiadomość od bociana - będziemy rodzicami.


Było tego trochę - tych wydarzeń, które radowały, choć nie rzadko przynosiły także ogromny stres. Ale takie już bywa to nasze życie.


Tymczasem życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga spokojnych przygotowań do zabawy sylwestrowej, a sama zabawa niech będzie niezapomniana Laughing


Początki

Początki bywają trudne i baardzo wyczerpujące.


O tym, że zostanę mamą dowiedziałam się 19 listopada 2010 roku około godziny 16 popołudniu. Mój okres spóźniał się już 5 dni, a ja od kilku dni byłam potwornie zmęczona i całe popołudnia, po powrocie z pracy przesypiałam. Nie miałam sił chodzić na dodatkowe zajęcia językowe, jogę, basen...marzyłam tylko o śnie. Złe samopoczucie tłumaczyłam sobie permanentnym przemęczeniem - bo w sumie bardzo dużo w tym okresie pracowałam, a okres jesienno-zimowy jak wiadomo sprzyja zmęczeniu, depresji i rozwojowi wirusów i bakterii. Brak okresu cały czas tłumaczyłam tym zmęczeniem i stresem, ale w końcu po 5 dniach zdecydowałam, że kupię i zrobię test. Drżącymi dłońmi pobrałam kilka kropel moczu i wkropiłam w okienko testu. Wynik był niemal natychmiastowy - dwie kreseczki = ciąża. Usiadłam na wannie w łazience i świat mi zawirował. Tysiące pytań, jak to teraz będzie, czy sobie poradzę, co z moją pracą, karierą, uprawnieniami...rozpłakałam się. Zadzwoniłam do mojego męża i szybko jednym tchem wycedziłam przez zęby "jestem w ciąży" i się rozbeczałam. Nawet nie wiem dokładnie, co powiedział, chyba "że super". Tak, super - pomyślałam.


Postanowiłam jeszcze nikomu o tym nie mówić - poza moimi przyjaciółkami, Piotrkiem i dwoma koleżankami z pracy. Wszyscy się cieszyli - poza mną. Ja byłam przerażona. W pracy byłam osowiała. Miałam potworne huśtawki nastroju, raz płakałam, innym razem jakaś duma mnie rozpierała, swędziała mnie potwornie skóra na brzuchu. Starałam się otwierać jakieś książki o ciąży i dzieciach - ale szybko je zamykałam - zupełnie jakbym chciała uciec od tego wszystkiego.


Umówiłam się na pierwszą wizytę u ginekologa - pani Doktor okazała się zwykłym konowałem. Zero rozmowy...jedynie co zrobiła, to potwierdziła moją ciążę. Kazała pojawić się za 3 tygodnie.


A ja rozbita dalej chodziłam do pracy, pracowałam na okrągło po 12 h...a od 6 tygodnia ciąży zaczęły mnie męczyć nudności, mdłości i coraz większe zmęczenie. Na szczęście nie wymiotuję, ale już sama nie wiem, co jest gorsze.


Teraz siedzę w domu na L4 i czuję, że moje samopoczucie zamiast się poprawiać - pogarsza się.


Pozytywne jest to, że już więcej myślę o tej małej istotce, która mieszka we mnie, chyba zaczynam ją powolutku kochać i cieszyć się, że już za 7 miesięcy się spotkamy po tej stronie brzucha.


Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

30 grudnia 2010

30 grudnia 2010



Założyłam blog dla moich kochanych przyjaciółek Kasi, Agusi i Krysi, które przy tej okazji chciałam serdecznie pozdrowić.


Za 7 miesięcy jak wszystko będzie dobrze zostanę szczęśliwą mamusią. A ten blog ma być swoistych pamiętnikiem z tego okresu. Będę pisać tutaj o moich radościach, smutkach, rozterkach, samopoczuciach i smakach. Słowem o tym, co się dzieje ze mną i z moim ciałem przez te "błogosławione 9 miesięcy"