Imię dla bobasa to nie taka znowu sprawa błaha
29 stycznia 2010
24 stycznia 2010
18 stycznia 2011
13 stycznia 2011
11 stycznia 2011
12 tygodni za nami 9 stycznia 2010
Nieprzyjemne badanie krwi...7.01.1010
Niespokojny duszek
W Nowym Roku 2011-01-03
3 stycznia 2011
To już 3 dzień roku 2011, ależ ten czas ucieka ...może troszkę spóźnione, ale za to bardzo szczere życzenia dla wszystkich, którzy tutaj zaglądają. Oby ten rok był dla nas wszystkich piękniejszy i radośniejszy pod każdym względem, by miłość nigdy nie ustawała, a spokój zamieszkał w naszych sercach. Obyśmy mieli czas na chwilkę refleksji, pyszną kawę w zaciszu domowego ogniska, spotkania z przyjaciółmi i obyśmy umieli dostrzec całe piękno wokół nas - choć czasem bywa ono bardzo maleńkie.
Dzisiaj ja i moja mała fasolka rozpoczęliśmy 12 tydzień ciąży, czyli teoretycznie zaczynamy zbliżać się do końca pierwszego trymestru. Wymioty i nudności męczą mnie już mniej, ale sił ciągle brak. Pierwszy dzień w pracy i 8 h za biurkiem wcale mojej energii życiowej nie poprawiły, wręcz przeciwnie, wróciłam do domu wypruta z sił, położyłam się do łóżka i spałam 1,5 h.
Dzisiaj jestem jakaś dziwnie niespokojna. Chyba za dużo czytam o tych wszystkich poronieniach, komplikacjach w czasie ciąży i porodu i zaczynam się troszkę denerwować. Poza tym w sobotę mam wykonać USG genetycznie 3D i też jakoś się tym denerwuję, czy wszystko będzie ok. Okres ciąży to chyba cały czas nieustający stres i nerwy, czy aby wszystko na pewno rozwija się tak jak powinno.
Poza tym dowiedziałam się dzisiaj, że żona mojej wielkiej miłości z lat nastoletnich też spodziewa się dziecka i to dokładnie w takim terminie jak ja. Jestem mile zaskoczona... NO TO POWODZENIA
Czas refleksji i przemyśleń 2010-12-31
Dzisiejszy dzień zapowiada się interesująco - od 4 rano nie zmrużyłam oka, mam potworny ból głowy, a do tego ciągłe uczucie pełnego pęcherza (ponoć typowe dla I trymestru) i ciągłe wizyty w toalecie bardzo mnie męczą. Ból głowy jest o tyle uciążliwy, że nie można brać większości leków przeciwbólowych poza paracetamolem - który w moim przypadku dość rzadko bywa skuteczny.
Dziś Wielki Dzień - ostatni dzień roku 2010. Czas podsumowań, refleksji i nowych postanowień. Mam nadzieję, że pomimo wszystko dla większości z Was/nas był to jednak dobry rok.
1 sierpnia 2010 o godz 14 w uroczystej i podniosłej atmosferze Świątyni Wang w Karpaczu powiedzieliśmy sobie to najważniejsze "tak" w życiu z moim mężem Arturem. Potem była już tylko radość i zabawa w wyjątkowym miejscu dla wyjątkowych ludzi czyli we "Fregacie" w Zagórzu Śląskim.
Wrzesień - podróż poślubna - Czarnogóra i Chorwacja. Choć nie obyło się bez niespodzianek typu zatrucie żołądkowe i 48 h w toalecie...brr to była to jedna z ciekawszych i piękniejszych wycieczek w moim życiu.
Listopad - wiadomość od bociana - będziemy rodzicami.
Było tego trochę - tych wydarzeń, które radowały, choć nie rzadko przynosiły także ogromny stres. Ale takie już bywa to nasze życie.
Tymczasem życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga spokojnych przygotowań do zabawy sylwestrowej, a sama zabawa niech będzie niezapomniana
Początki
Początki bywają trudne i baardzo wyczerpujące.
O tym, że zostanę mamą dowiedziałam się 19 listopada 2010 roku około godziny 16 popołudniu. Mój okres spóźniał się już 5 dni, a ja od kilku dni byłam potwornie zmęczona i całe popołudnia, po powrocie z pracy przesypiałam. Nie miałam sił chodzić na dodatkowe zajęcia językowe, jogę, basen...marzyłam tylko o śnie. Złe samopoczucie tłumaczyłam sobie permanentnym przemęczeniem - bo w sumie bardzo dużo w tym okresie pracowałam, a okres jesienno-zimowy jak wiadomo sprzyja zmęczeniu, depresji i rozwojowi wirusów i bakterii. Brak okresu cały czas tłumaczyłam tym zmęczeniem i stresem, ale w końcu po 5 dniach zdecydowałam, że kupię i zrobię test. Drżącymi dłońmi pobrałam kilka kropel moczu i wkropiłam w okienko testu. Wynik był niemal natychmiastowy - dwie kreseczki = ciąża. Usiadłam na wannie w łazience i świat mi zawirował. Tysiące pytań, jak to teraz będzie, czy sobie poradzę, co z moją pracą, karierą, uprawnieniami...rozpłakałam się. Zadzwoniłam do mojego męża i szybko jednym tchem wycedziłam przez zęby "jestem w ciąży" i się rozbeczałam. Nawet nie wiem dokładnie, co powiedział, chyba "że super". Tak, super - pomyślałam.
Postanowiłam jeszcze nikomu o tym nie mówić - poza moimi przyjaciółkami, Piotrkiem i dwoma koleżankami z pracy. Wszyscy się cieszyli - poza mną. Ja byłam przerażona. W pracy byłam osowiała. Miałam potworne huśtawki nastroju, raz płakałam, innym razem jakaś duma mnie rozpierała, swędziała mnie potwornie skóra na brzuchu. Starałam się otwierać jakieś książki o ciąży i dzieciach - ale szybko je zamykałam - zupełnie jakbym chciała uciec od tego wszystkiego.
Umówiłam się na pierwszą wizytę u ginekologa - pani Doktor okazała się zwykłym konowałem. Zero rozmowy...jedynie co zrobiła, to potwierdziła moją ciążę. Kazała pojawić się za 3 tygodnie.
A ja rozbita dalej chodziłam do pracy, pracowałam na okrągło po 12 h...a od 6 tygodnia ciąży zaczęły mnie męczyć nudności, mdłości i coraz większe zmęczenie. Na szczęście nie wymiotuję, ale już sama nie wiem, co jest gorsze.
Teraz siedzę w domu na L4 i czuję, że moje samopoczucie zamiast się poprawiać - pogarsza się.
Pozytywne jest to, że już więcej myślę o tej małej istotce, która mieszka we mnie, chyba zaczynam ją powolutku kochać i cieszyć się, że już za 7 miesięcy się spotkamy po tej stronie brzucha.
Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
30 grudnia 2010
30 grudnia 2010
Założyłam blog dla moich kochanych przyjaciółek Kasi, Agusi i Krysi, które przy tej okazji chciałam serdecznie pozdrowić.
Za 7 miesięcy jak wszystko będzie dobrze zostanę szczęśliwą mamusią. A ten blog ma być swoistych pamiętnikiem z tego okresu. Będę pisać tutaj o moich radościach, smutkach, rozterkach, samopoczuciach i smakach. Słowem o tym, co się dzieje ze mną i z moim ciałem przez te "błogosławione 9 miesięcy"