O muffinach, anemii i poszukiwaniach kotki Pysi

10 maca 2011.

Pogoda za oknem (deszcz, śnieg i ogólna plucha) wcale nie zachęca do wystawienia nosa za drzwi, co w sumie dla mnie jest na plus, bo spokojnie mogę się obłożyć książkami i zakuwać...choć szczerze - mam już odruch wymiotny, kiedy po raz kolejny czytam to samo w kółko i ciągle jest bardzo dużo wiadomości, których nie pamiętam...;-(
Na szczęście od czasu do czasu wpadam na jakiś pomysł urozmaicenia sobie dnia i np. piekę muffiny. 8 marca z okazji Dnia Kobiet dostałam od mojego Kochanego Męża poza bukietem kwiatów papilotki do muffinów. Ucieszyłam się niezmiernie i od razu przystąpiłam do wielkiej akcji pieczenia tych smakołyków. Wiele przepisów znalazłam na kulinarnym blogu mojewypieki.blox.pl
Generalnie bardzo polecam te pyszności wszystkim zapracowanym kobietom, bo muffiny są bardzo smaczne i szybkie w przygotowaniu.
Ale żeby życie nie było zbyt kolorowe okazało się wczoraj po badaniu krwi, że gwałtowanie spada mi poziom hemoglobiny, a poziom hematokrytu jest już dużo poniżej normy... czyli zaczyna mnie dopadać anemia...stąd prawdopodobnie moje zasłabnięcia i omdlenia. Pewnie będę musiała jeść więcej czerwonego mięsa, pić mikstury z buraczków i przyjmować żelazo...brr
Dziewczyny pilnujcie się w ciąży...zapotrzebowanie na żelazo w II trymestrze bardzo mocno wzrasta i można szybko wpaść w anemię.
Ale żeby nie było, że tylko anemia mnie zaatakowała - to wczoraj i przedwczoraj zaatakował mnie silny stres, a to za sprawą zniknięcia kotki naszej sąsiadki. Pysia - bo tak ma na imię owa kotka - 8 marca w godzinach dopołudniowych wyskoczyła z okna balonu i zniknęła. Rozpoczęły się wielkie poszukiwania w obrębie naszego osiedla, które jak wiadomo nie jest małe, a dodatkowo akcję utrudniał zbliżający się wieczór i ogromny gwar wieczorny spowodowany powrotami do domu mieszkańców osiedla. Pół ubiegłej nocy nie przespałam i co 30 minut wstawałam i patrzyłam przez okno kuchenne na podwórku, z nadzieją, że może jednak się pojawi i ją wypatrzę. Rano pojawiły się karki z informacją o zaginięciu Pysi i prośbą o pomoc w poszukiwaniach. Było nam wszystkim bardzo smutno i źle, bo ta kotka była częścią naszej rodziny, uwielbialiśmy ją jak naszą własną - tym bardziej, że ona często nas odwiedzała na balkonie. Nawet moja Kiki była jakaś nieswoja i osowiała, zupełnie jakby wyczuwała, że coś jest nie tak. Ach to był wielki stres i nerwy. Na szczęście kotka się znalazła cała i zdrowa - spadł kamień z serca. Mam nadzieję, że już jej do tej główki nie wpadanie taki pomysł...Ach te koty...:-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz