13 stycznia 2011

Ależ ten czas ucieka nieubłaganie - jeszcze dwa dni i połowa stycznia za nami. Choć z drugiej strony może to i lepiej dla mnie? Moje ogólne osłabienie i złe samopoczucie (a i pogoda) tak dają mi w kość, że czasami wydaje mi się, że te 9 miesięcy to cała wieczność i że nie wytrzymam...a zostało jeszcze ponad 6,5 miesiąca. Wczorajszy ból głowy, od którego wymiotowałam tak uprzykrzył mi życie, że dzisiaj choć nawet nie mam na nic sił, to cieszę się, że tak dobrze się czuję. Hehe..."dobrze", teraz to w sumie nie pamiętam, kiedy było tak naprawdę dobrze, że miałam siłę ochoczo pracować 8 h w pracy, później coś robić w domu, a wieczorem biegłam na zajęcia dodatkowe języki, jogę, czy basen.
Pani Doktor mnie pociesza, że kobiecie samopoczucie się tak na prawdę poprawia w momencie, kiedy poczuje pierwsze ruchy dzidziusia. No czyli tak około +/- 20 t.c. Czyli zostało mi jeszcze +/-7 tygodni. Aaaaaa....ale pierwsze 13 tygodni jakoś dałam radę - może i dam te 7 ;-).
Cały czas się tylko zastanawiam dlaczego w książkach, poradnikach, różnego rodzaju gazetkach, no i na filmach ciąża jest przedstawiana w takich różowych barwach...hmm?
Zachodzisz w ciążę, przed Tobą cudowne 9 miesięcy, zero problemów, stresu, bólu, rodzisz dziecko i jest happy end...
Swoją drogą zastanawiam się - jak to jest u kotek. Moja nigdy nie rodziła i chyba nie będzie nigdy rodzić, bo ją pozbawiałam tej możliwości, ale ciekawe, czy zwierzęta też odczuwają jakieś niegodności związane z ciążą i to nie pojedynczą...
Dzisiejszy dzień również psychicznie nie jest dla mnie najlepszy, ponieważ dowiedziałam się, że jeden z moich kolegów z pracy odchodzi z dniem 31 stycznia. Zmartwiłam się, bo w końcu była to jedyna osoba, która w tej firmie miała trochę większe niż przeciętne pojęcie o geologii. A teraz co...teraz straszna d...ups :-). Ech...dziwne to wszystko.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz