Początki

Początki bywają trudne i baardzo wyczerpujące.


O tym, że zostanę mamą dowiedziałam się 19 listopada 2010 roku około godziny 16 popołudniu. Mój okres spóźniał się już 5 dni, a ja od kilku dni byłam potwornie zmęczona i całe popołudnia, po powrocie z pracy przesypiałam. Nie miałam sił chodzić na dodatkowe zajęcia językowe, jogę, basen...marzyłam tylko o śnie. Złe samopoczucie tłumaczyłam sobie permanentnym przemęczeniem - bo w sumie bardzo dużo w tym okresie pracowałam, a okres jesienno-zimowy jak wiadomo sprzyja zmęczeniu, depresji i rozwojowi wirusów i bakterii. Brak okresu cały czas tłumaczyłam tym zmęczeniem i stresem, ale w końcu po 5 dniach zdecydowałam, że kupię i zrobię test. Drżącymi dłońmi pobrałam kilka kropel moczu i wkropiłam w okienko testu. Wynik był niemal natychmiastowy - dwie kreseczki = ciąża. Usiadłam na wannie w łazience i świat mi zawirował. Tysiące pytań, jak to teraz będzie, czy sobie poradzę, co z moją pracą, karierą, uprawnieniami...rozpłakałam się. Zadzwoniłam do mojego męża i szybko jednym tchem wycedziłam przez zęby "jestem w ciąży" i się rozbeczałam. Nawet nie wiem dokładnie, co powiedział, chyba "że super". Tak, super - pomyślałam.


Postanowiłam jeszcze nikomu o tym nie mówić - poza moimi przyjaciółkami, Piotrkiem i dwoma koleżankami z pracy. Wszyscy się cieszyli - poza mną. Ja byłam przerażona. W pracy byłam osowiała. Miałam potworne huśtawki nastroju, raz płakałam, innym razem jakaś duma mnie rozpierała, swędziała mnie potwornie skóra na brzuchu. Starałam się otwierać jakieś książki o ciąży i dzieciach - ale szybko je zamykałam - zupełnie jakbym chciała uciec od tego wszystkiego.


Umówiłam się na pierwszą wizytę u ginekologa - pani Doktor okazała się zwykłym konowałem. Zero rozmowy...jedynie co zrobiła, to potwierdziła moją ciążę. Kazała pojawić się za 3 tygodnie.


A ja rozbita dalej chodziłam do pracy, pracowałam na okrągło po 12 h...a od 6 tygodnia ciąży zaczęły mnie męczyć nudności, mdłości i coraz większe zmęczenie. Na szczęście nie wymiotuję, ale już sama nie wiem, co jest gorsze.


Teraz siedzę w domu na L4 i czuję, że moje samopoczucie zamiast się poprawiać - pogarsza się.


Pozytywne jest to, że już więcej myślę o tej małej istotce, która mieszka we mnie, chyba zaczynam ją powolutku kochać i cieszyć się, że już za 7 miesięcy się spotkamy po tej stronie brzucha.


Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz