Niespokojny duszek

Jakiś czas temu założyłam bloga połączonego właśnie ze skrzynką pocztową na gmailu, a później najzwyczajniej w świecie o nim zapomniałam. Cóż czasem tak bywa...a być może nie zapomniałam, ale nie miałam chęci, czasu i weny twórczej, żeby z kimś o czymś, kimś się dzielić.
Teraz zaś moje życie ulega stopniowo przeobrażeniu i czuję jakąś wewnętrzną potrzebę dzielenia się z Wami moimi doświadczeniami i przeżyciami ;-)
Od dzisiaj zostało mi +/- 200 dni do tego ponoć najpiękniejszego momentu w życiu, czyli urodzin dzidziusia. Jakoś nie skaczę z tego powodu z radości, a raczej jak o tym myślę, to marzę o tym, żeby to wszystko, co się teraz dzieje było tylko snem, z którego lada moment się przebudzę. Bardzo się boję. W głowie kłębią mi się pytania i wątpliwości...jak to będzie za miesiąc, dwa, czy będę wyglądać jak waleń na plaży, czy wielka słonica, czy będę miała siłę na przetrwanie tego okresu do porodu, czy w pracy dam radę siedzieć i wykonywać setki obowiązków, jaki mam wybrać szpital do porodu, czy przetrwam ten ból, czy będzie chłopiec czy dziewczynka, jakie wybrać imię, czy będę dobrą mamą, czy sobie poradzę po...czy nie spanikuję, a co z depresją poporodową...Można oszaleć.
A mój kochany mąż śpi w nocy spokojnym snem sprawiedliwego, rano bez pośpiechu wychodzi do pracy, wraca i ciągle gra...zero nerwów, stresu. Faceci w ogóle kobiet nie rozumieją i chyba nigdy nie zrozumieją...A ja co sekundę do toalety, mdłości, naciągania, złe samopoczucie, zmęczenie...
Kiedy to się wszystko skończy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz